Prof. Janusz Heitzman, laureat specjalnej Nagrody Zaufania Złoty OTIS 2020 za reformowanie polskiej psychiatrii i pasję w walce z depresją wśród dzieci i młodzieży
fot. Tomasz Adamaszek
Autor Paweł Kruś - 14 Października 2020

Prof. Janusz Heitzman: Psychiatra to nie zegarmistrz, nie dokręci dziecku popsutych śrubek w głowie

Rozmowa z prof. Januszem Heitzmanem, pełnomocnikiem ministra zdrowia do spraw psychiatrii sądowej, wiceprezesem Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, kierownikiem Kliniki Psychiatrii Sądowej w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Prof. Janusz Heitzman, laureat specjalnej Nagrody Zaufania Złoty OTIS 2020 za reformowanie polskiej psychiatrii i pasję w walce z depresją wśród dzieci i młodzieży.

Jest Pan w gronie tegorocznych laureatów Nagrody Zaufania Złoty OTIS 2020. Został Pan nagrodzony za reformowanie polskiej psychiatrii i pasję w walce z depresją wśród dzieci i młodzieży. Jak Pan odebrał tę wiadomość?

To dla mnie bardzo cenne wyróżnienie. Choć na co dzień zajmuję się reformowaniem psychiatrii sądowej jako pełnomocnik ministra zdrowia i kierownik Kliniki Psychiatrii Sądowej w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, w weekendy wciąż przyjmuję w publicznej ochronie zdrowia pacjentów, również tych wchodzących w dorosłe życie. Cieszę się, że mam tę umiejętność, która pozwala mi nawiązać kontakt z młodymi ludźmi, rozmawiać z nimi wprost o tym, co ich boli. Nie boję się trudnych rozmów i ubolewam, że często rodzice i nauczyciele nie umieją podejmować tego typu kontaktu z dziećmi. W swojej pracy przyjmuję też bardzo młodych pacjentów – zdarza się, że i dziesięciolatków, bo brakuje lekarzy psychiatrów specjalności dziecięco-młodzieżowej i trudno kogoś odesłać z terminem 10 miesięcy oczekiwania do specjalisty.

Ilu jest obecnie psychiatrów?

W systemie jest ich ok. 350. To luka, która wymagałaby wielokrotnego uzupełnienia. W większości trafiają do mnie przypadki skrajne, dzieci w sytuacji zagrożenia życia, z myślami samobójczymi lub po próbach odebrania sobie życia. Wymagają szybkiej diagnozy, czy mamy do czynienia z psychozą, depresją młodzieńczą, czy konieczna jest hospitalizacja i włączenie leczenia farmakologicznego. Konieczne wsparcie dla psychiatrów stanowią psychologowie, którzy są niezwykle potrzebni, by jeszcze wcześniej wyczuć sytuację zagrożenia, zareagować na kryzys.

Skąd u Pana ta pasja? Wielokrotnie mówił Pan, że psychiatria to niewdzięczna i kiepsko opłacana specjalizacja.

To się zaczęło przypadkowo. Skończyłem studia w Krakowie, w klinice prowadzonej wcześniej przez prof. Antoniego Kępińskiego, wśród jego współpracowników. Pracowałem tam od trzeciego roku studiów i wówczas utwierdziłem się w przekonaniu, że to dobry wybór. Miałem bardzo dobrych nauczycieli i kolegów. Wówczas inaczej patrzyło się na relację lekarz-pacjent. Tam ta relacja była partnerska, dużą rolę odgrywał szacunek dla drugiego człowieka. Patrzenie na problematykę zdrowia psychicznego człowieka jako problem innego życia, ale nie życia z innej planety. Takiego, które jest w nas, czasami wymyka się spod kontroli i staje się chorobą, w której należy pomóc. Nigdy nie traktowałem tego wyboru jako pomyłki, choć był czas, że myślałem o specjalnościach zabiegowych. Należałem do grupy dość dobrych studentów i nawet po studiach dostałem kilka ofert pracy na swojej uczelni, z kilku klinik. Na stażu wykonywałem drobne zabiegi jako asystent. I na ginekologii, i ortopedii. Ostatecznie zdecydowałem się na psychiatrię, choć niektórzy pukali się w głowę. Ale to dało mi w życiu ogromną satysfakcję.

Ma Pan czas na inne zainteresowania?

Nie ograniczam się do nauki i książek. Czynnie uprawiam sport. Jestem dość zaawansowanym nurkiem, schodzę pod wodę na głębokość 50 metrów. Od wielu lat startuję w zawodach pływackich na mistrzostwach lekarzy, zdobywam medale. Oprócz tego żegluję.

Regularnie występuje Pan w roli eksperta w programach telewizyjnych. Jak Pan znajduje na to wszystko czas?

Wystąpiłem w kilkudziesięciu odcinkach „Rozmów w toku” prowadzonych przez Ewę Drzyzgę i od tego tak naprawdę zaczęła się przed laty moja aktywność medialna. Ostatnio też częściej goszczę w „Sprawie dla reportera” u Elżbiety Jaworowicz. Nie zawsze wystarcza mi na wszystko czasu, bo do tego mam wiele tekstów do napisania. Staram się być tam, gdzie mnie potrzebują, uczestniczę od lat w wielu akcjach społecznych popularyzujących zdrowie psychiczne i walkę z depresją.

Spróbujmy poruszyć kwestię zarobków. Od lat alarmuje Pan o niskich pensjach psychiatrów. Jak ich zachęcić do pracy w tym zawodzie?

Pieniądze to nie wszystko, trzeba przede wszystkim mieć powołanie, czuć to. Ale oczywiście należałoby wyrównać wynagrodzenia lekarzy, by nie było dziwnych kominów, że jeden specjalista z trudem wiąże koniec z końcem, dorabiając na pięciu etatach, a inny powie, że jak mu nie zapłacą 60 tys. zł, to nie przyjdzie do pracy. Bo czym my się różnimy? Być może też mógłbym być świetnym neurochirurgiem, ale wybrałem coś innego. Nie liczyłem pieniędzy.

Co powinno się zmienić, żeby psychiatria dziecięca wyszła z zapaści?

Reformy nie dokona trzystu psychiatrów. To problem narastający ponieważ, ok. 15 proc. młodzieży, czyli ok. półtora miliona osób, wymaga stałego wsparcia psychologicznego. Konieczne są nowe kadry, nowe specjalności, psychoterapeuci dzieci i młodzieży, trzeba edukować rodziców poprzez szkołę – pedagogów i nauczycieli, a wcześniej ich przez specjalistów. Konieczny jest nowy system przedlekarskiej interwencji psychologicznej i psychoterapeutycznej Najważniejsze, żeby osiągnąć wspólny cel pomiędzy różnymi ośrodkami wpływu na rozwój młodego człowieka. Nie chodzi o to, by kształtować dzieci według schematu opracowanego przez światłych psychiatrów czy psychologów. To, jakie będą nasze dzieci, zależy od tego, co się dzieje w naszych rodzinach i jak funkcjonuje system edukacji. Psychiatria ma na to bardzo ograniczony wpływ, ale obserwując te sfery wiemy, gdzie są popełniane błędy. Dziecko nie powinno być problemem dla rodzica czy szkoły, ale ich wymagającą stałego wspierania troską. Niekiedy czujemy się jak na końcu pasa transmisyjnego, którym szkoła lub rodzic wysyła do nas dziecko, bo nie potrafi z nim rozmawiać. Psychiatra to nie zegarmistrz, nie dokręci dziecku popsutych śrubek w głowie.

Jakie narzędzia powinien otrzymać psychiatra, żeby działać skutecznie?

Do tej pory zupełnie nie rozumiano problemu, bo tu nie chodzi o dodatkowe łóżka na nielicznych oddziałach. Dzieci nie powinny trafiać do szpitali w stanach skrajnych, po próbach samobójczych. Temu można i trzeba zapobiegać wcześniej. Szpitalne psychiatryczne łóżko nie wyleczy problemu komunikacji, bezradności młodego człowieka z powodu niemożności spełnienia oczekiwań szkoły czy rodziców, zaszczucia go przez hejt i rówieśniczą przemoc. W 2018 r. minister zdrowia powołał Zespół ds. zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. Opracowaliśmy nowy system, z naciskiem położonym na wczesną interwencję psychologiczno-psychoterapeutyczną i opiekę środowiskową. Przyjęliśmy, że pomoc lekarska nie jest najważniejsza, bo to system wczesnej interwencji, poprzez nowo tworzone poradnie psychologiczno-psychoterapeutyczne, ma być zainteresowany tym, by wyszukać obszary zagrożeń, znaleźć osoby wymagające pomocy, podjąć terapię. Im więcej odkryje i rozwiąże kryzysów wśród młodych ludzi, tym więcej zarobi. A do tego wcale nie jest potrzebny lekarz, lecz psycholog, psychoterapeuta dzieci i młodzieży, terapeuta środowiskowy. To oni muszą walczyć na pierwszej linii, bo inaczej nas psychiatrów wciąż czeka syzyfowa praca.

Rozmawiała Agnieszka Niesłuchowska

Prof. IPiN dr hab. n. med. Janusz Heitzman – pełnomocnik ministra zdrowia ds. psychiatrii sądowej, kierownik Kliniki Psychiatrii Sądowej w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, członek Komitetu Zdrowia Publicznego PAN, 2016-2020 Dyrektor IPiN, 2010-2013 Prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, aktualnie wiceprezes, członek powołanego przez ministra zdrowia Zespołu do spraw zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży i Zespołu ds. pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego.

Następny artykuł