Ratownik medyczny opowiedział o swojej pracy
Autor Karol Zaborowski - 12 Października 2019

Ratownik medyczny wyjawił prawdę o tym, jak wygląda jego praca. “Widziałem urwane głowy, zbierałem urwane nogi”

Ratownik medyczny to bez wątpienia niełatwy zawód, który wymaga niebywałej wytrzymałości psychicznej oraz ogromu wiedzy i umiejętności. Jednak jak wygląda praca jako ratownik od tej drugiej strony, której wielu pacjentów nie zna?

Ratownik medyczny często stanowi pierwszą linię walki o ludzkie zdrowie i życie. Ratownicy pracują zarówno w karetkach pogotowia, jak i na szpitalnych oddziałach, jednak to właśnie podczas jazdy w ambulansach są świadkami najbardziej dramatycznych przypadków. Wtedy też ratownicy są narażeni na największe niebezpieczeństwo, ponieważ nigdy nie wiedzą, jak zachowa się sam chory, a także ludzie w jego otoczeniu.

Michał Woźniak jest ratownikiem z wieloletnim stażem pracy i postanowił w szczerym wywiadzie opowiedzieć o tym, jak naprawdę wygląda jego praca. Wiele osób może sobie nie zdawać sprawy z tego, co każdego dnia pracy muszą znosić ratownicy medyczni i jakie pobierają za to wynagrodzenie.

Popularny lek wycofany z aptek. Wszystko przez rakotwórczy składnikPopularny lek wycofany z aptek. Wszystko przez rakotwórczy składnikCzytaj dalej

Ratownik medyczny opowiedział o swojej pracy

W rozmowie z portalem Onet.pl Michał Woźniak przyznał, że każdy jego dyżur jest zupełnie inny i owszem bywają takie, kiedy praktycznie nie ma wezwań, ale są i takie, kiedy w ciągu 12 godzin pracy wyjeżdża karetką nawet 16 razy. Jedną z najbardziej zapamiętanych przez niego akcji było wezwanie do starszego mężczyzny, który zasłabł podczas pogrzebu. Kiedy jechał pod wskazane miejsce, usłyszał, że serce mężczyzny przestało bić.

- Wypadamy z karetki. Na cmentarze dziadziuś z rodziną – 50–70 osób. Wszyscy nad nim stoją. Reanimuje wnuczek. To było zimą, późnym popołudniem. Ciemna noc, śnieg po kolana. Mróz -20 stopni. Wszystko dzieje się na ziemi. Proszę się wyobrazić, że w tych warunkach po 40 minutach udało nam się przywrócić pacjentowi krążenie. Zawieźliśmy go do szpitala na intensywną terapię. To pamiętam do dziś, bo naprawdę był siarczysty mróz, klęczeliśmy w śniegu, cali mokrzy - wspomina ratownik w rozmowie z Onetem.

W dalszej części swojej rozmowy Michał Woźniak wspomina również, że bardzo dużym problemem w naszym kraju są niepotrzebne wezwania karetki pogotowia, które stanowią większość wszystkich wyjazdów. Problem w tym, że w Polsce cały czas mamy ogromne niedobory, jeżeli chodzi o ambulanse i w momencie, kiedy wszystkie są na wyjazdach, do których nie powinny jeździć, niemożliwe jest wysłanie zespołu do naprawdę poważnego przypadku.

- Nie prowadzę żadnych statystyk, ale myślę, że 75–80 proc. to wezwania bezsensowne, które w ogóle nie powinny się zdarzyć. Czasem jest tak, że dziecko płacze i mama nie wie, co mu jest, nie może sobie poradzić. Czasem dziewczyna ma miesiączkę, boli ją brzuch, dzwoni po karetkę i oczekuje cudów - dodaje.

Wynika to z tego, że to właśnie dyspozytor, który odbiera wszystkie zgłoszenia, odpowiedzialny jest za to, jeżeli komuś stanie się krzywda, a on nie wyśle tam karetki, nawet jeżeli od wezwania minęło kilka godzin. Jednak jest też cała masa wezwań do naprawdę dramatycznych wydarzeń, które potrafią wpłynąć na ludzką psychikę.

Jednym z nich był wyjazd do kobiety, która cierpiała na depresję poporodową. Młoda mama wbiła sobie w pierś nóż tylko dlatego, że jej dziecko nie chciało pić mleka. W innej sytuacji kolega Michała Woźniaka został dźgnięty nożem w plecy podczas jednego z wyjazdów. Sam wspomina sytuacje, w których na własne oczy widział rozczłonkowane ludzkie ciała, lub reanimował człowieka pod pociągiem.

- Widziałem urwane głowy, zbierałem urwane nogi. Prowadziłem akcję reanimacyjną pod pociągiem na torach. Często zdarzają się morderstwa, jeszcze częściej samobójstwa. W tej pracy nigdy nic nie wiadomo - mówi w rozmowie z dziennikarzem Onetu.

Niestety ratownicy często za swoją ciężką pracę otrzymują naprawdę niskie wynagrodzenie, które po podwyżkach porównywane jest do tego, które otrzymują pracownicy sklepów należących do sieci popularnych dyskontów. Dodatkowo wielu ratowników pracuje o wiele więcej niż standardowy etat. To wszystko sprawia, że wiele osób rezygnuje z tego zawodu, co doprowadza do poważnych braków kadrowych.

- Wie pani, jak wygląda praca w państwowym ratownictwie? Ośmiogodzinny dzień pracy albo system zmianowy dzień-noc po 12 godzin to utopia. Jeśli ratownik nie chce zarabiać najniższej krajowej, musi przejść na umowę kontraktową, założyć jednoosobową działalność gospodarczą i pracować znacznie więcej, z reguły po 240 godzin w miesiącu - wyznaje ratownik medyczny.

Następny artykuł