Sprawdzasz po kilka razy, czy drzwi zamknięte? Milion Polaków na to cierpi
Zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne (OCD) to problem, z którym zmaga się w Polsce blisko milion osób. Choroba potrafi zrujnować życie zawodowe i prywatne, bp zwykłe nawyki, takie jak sprawdzanie drzwi czy mycie rąk, z czasem przeradzają się w wielogodzinne wyczerpujące rytuały. Paulina Wójtowicz, dziennikarka medyczna w podcaście „Zdrowo przegadane” tłumaczy mechanizmy tego schorzenia oraz wskazuje sprawdzone metody leczenia.
- Granicą między zwykłym nawykiem a OCD jest czas. Eksperci wskazują na minimum 1,5 godziny dziennie na rytuały i lęki
- Często ujawnia się u nastolatków w wieku 12-14 lat, ale dorosłych pacjentów bywa równie dużo z powodu silnego stresu
- Terapia poznawczo-behawioralna i odpowiednie leki to dziś najlepsza metoda na wyciszenie objawów oraz normalne życie
Więzienie natrętnych myśli
Zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, nazywane dawniej nerwicą natręctw, oznaczają znacznie więcej niż potrzebę układania rzeczy od linijki czy nadmierne mycie rąk. Jak zauważa Paulina Wójtowicz, dziennikarka medyczna i i autorka książki „Nie mogę się powstrzymać”, mechanizm choroby opiera się na dwóch filarach, w których główną rolę odgrywa niezrozumiały dla otoczenia lęk.
- Przymus pojawia się tu wyjątkowo wyraźnie. Pełna nazwa tego schorzenia to zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, w skrócie OCD – wyjaśnia Paulina Wójtowicz.
Samo schorzenie rozwija się według określonego schematu. Chory traci kontrolę nad własnym procesem myślowym, próbując wszelkimi sposobami odzyskać spokój.
- Pierwszy – obsesje, to natrętne myśli, które pojawiają się nagle i są postrzegane jako obce oraz niechciane. Wnikają do głowy i wywołują silny lęk, dyskomfort oraz szereg negatywnych emocji. W ślad za tymi myślami idzie potrzeba wykonania kompulsji, czyli przymusowych czynności, fizycznych bądź myślowych, których celem jest zredukowanie napięcia i lęku – tłumaczy autorka.
Choć popkultura przyzwyczaiła nas do obrazu chorego powtarzającego te same ruchy fizyczne, zaburzenie potrafi przybrać niewidoczną formę. Pacjent cierpi, ale nikt o tym nie wie.
- Dziś uważa się raczej, że kompulsje występują zawsze, lecz mogą mieć charakter czysto psychiczny, Pacjent może dokonywać w głowie określonych rytuałów, odczyniać myśli czy prowadzić wyliczenia, co nie jest widoczne na zewnątrz – dodaje Paulina Wójtowicz.
Kiedy przyzwyczajenie zamienia się w chorobę
Każdy człowiek ma własne rytuały. Układamy naczynia w zmywarce w określony sposób, wielokrotnie sprawdzamy zawory w mieszkaniu. Specjaliści opracowali konkretne ramy czasowe pomagające odróżnić zdrowy nawyk od problemu klinicznego.
- Eksperci wskazują na granicę około półtorej godziny dziennie poświęcanej na obsesje i kompulsje. Jeśli czynności te zajmują tyle czasu lub więcej, odbiega to od normy. W praktyce moi bohaterowie mówią często o wielu godzinach, nawet do ośmiu godzin na dobę - podkreśla Paulina Wójtowicz.
Nieleczone OCD prowadzi do dezorganizacji dnia. Codzienne działania stają się barierą nie do pokonania i po prostu dezorganizują życie pacjenta, a czasem także jego bliskich.
- W książce opisuję przypadek bohatera, który sprawdzał zamki tak intensywnie, że doprowadził do urwania klamki i konieczności wymiany całego mechanizmu – przytacza dziennikarka.
Co ważne, chorzy zdają sobie sprawę z irracjonalności swoich lęków. Najczęściej nie wiedząc, co zrobić z tymi myślami, jakie ich nachodzą, wycofują się z życia społecznego. Wśród natrętnych myśli są bowiem nie tylko te, dotyczące kontrolowania czegoś, powiedzmy czy drzwi są zamknięte, ale także, mające bardzo konkretny wydźwięk społeczny.
- Samo pojawienie się myśli o charakterze agresywnym czy pedofilskim wywołuje u nich ogromne przerażenie i poczucie winy. Formą kompulsji staje się wówczas unikanie, np. unikanie kontaktu z dziećmi z powodu strachu przed własnymi myślami - wyjaśnia ekspertka.
Pułapka dobrych intencji
Życie z osobą cierpiącą na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne wymaga ogromnej cierpliwości. Zmęczeni partnerzy lub rodzice często starają się pomóc, nieświadomie pogarszając sytuację i utrwalając chorobę. Zjawisko to w psychologii nosi nazwę akomodacji rodzinnej.
- Bliscy w dobrej wierze wspierają objawy chorego, chcąc ulżyć mu w cierpieniu. Przykładem jest matka bohatera, która wyciągała mu buty, gdy ten po kilkadziesiąt razy dziennie zbiegał na dół klatki schodowej, by wystawić nogę za drzwi. Nieświadomie utrwalała w ten sposób mechanizm zaburzenia – zaznacza autorka.
Rytuały powtarzane każdego dnia po kilka-kilkadziesiąt razy albo sekwencje czynności, bez których ktoś nie może wyjść z domu lub zabrać się do czegoś sprawiają, że najbliżsi tracą cierpliwość. Ratunkiem może być… ich bunt i złamanie tego schematu.
- Bliscy bywają zniecierpliwieni i wchodzą w konfrontację z objawami. Jedna z bohaterek po wysłuchaniu złych wiadomości zaczynała tworzyć katastroficzne scenariusze dotyczące bezpieczeństwa rodziny. Jej partner zareagował wówczas absurdalnym wyolbrzymieniem jej obaw, co wywołało u niej śmiech i pozwoliło dostrzec irracjonalność własnych myśli - opowiada Paulina Wójtowicz.
Nieleczone zaburzenie niszczy więzi partnerskie i prowadzi często do rozpadu relacji.
- Często dochodzi do podporządkowania życia domowników zasadom narzucanym przez zaburzenie. Szczególnie niszcząca jest postać relacyjna (ROCD), w której pacjent nieustannie poddaje w wątpliwość uczucia do partnera i domaga się ciągłych zapewnień, co prowadzi do rozpadu związków – dodaje Wójtowicz.
Konfrontacja z lękiem
Medycyna oferuje dziś jednak rozwiązania, pomagające pokonać problem. Podstawą powrotu do normalnego funkcjonowania jest praca w gabinecie specjalisty, gdzie chory musi świadomie zmierzyć się ze swoim strachem.
- Złotym standardem jest łączenie farmakoterapii z psychoterapią. Leki pozwalają wyciszyć objawy na tyle, by pacjent mógł podjąć pracę terapeutyczną – przypomina Paulina Wójtowicz.
W trakcie spotkań z terapeutą pacjent uczy się wytrzymywać napięcie bez uciekania w wypracowane rytuały.
- Podczas sesji terapeuta aranżuje bezpieczne warunki – na przykład prosi o dotknięcie klamki i odroczenie umycia rąk o kilka minut. Celem jest wykazanie, że lęk ma charakter falowy: narasta, osiąga punkt kulminacyjny, po czym naturalnie opada bez konieczności wykonania kompulsji – tłumaczy autorka.
Zrozumienie natury choroby pozwala dopasować możliwości terapeutyczne do potrzeby. Specjaliści skupiają się na opanowaniu strachu do poziomu umożliwiającego pracę i budowanie relacji międzyludzkich.
- Celem terapii jest opanowanie objawów w stopniu umożliwiającym prawidłowe funkcjonowanie oraz wyposażenie pacjenta w narzędzia do samodzielnej pracy. Unikałabym sformułowań o całkowitym wyleczeniu, gdyż kryzysy życiowe mogą wywołać nawrót – podsumowuje Paulina Wójtowicz.