Kto może wykonywać zabiegi estetyczne? Resort zdrowia: wykona je tylko lekarz
Od lat poprawiamy urodę w gabinetach. Kiedyś wizyta w salonie beauty oznaczała maseczkę i delikatny peeling, dziś to często poważne procedury z użyciem igieł i mocnych laserów. Najnowsze stanowisko Ministerstwa Zdrowia wywołało jednak trzęsienie ziemi w branży. Wynika z niego, że zabiegi medycyny estetycznej to świadczenia medyczne, a te mogą wykonywać wyłącznie osoby z odpowiednim wykształceniem.
- Prawie 4 mln Polaków korzysta z medycyny estetycznej, a najszybciej rosnącą grupą są młodzi dorośli
- Ministerstwo Zdrowia wprost uznało procedury inwazyjne za medyczne. Wykonywać mogą je tylko lekarze
- Moda z sieci i silne stymulatory zwiększyły liczbę groźnych powikłań, wymuszając te surowe przepisy
Ilu Polaków korzysta z medycyny estetycznej?
Skala zainteresowania poprawianiem urody jest duża. Z raportu "Polska za filtrem 2025", przygotowanego przez agencję SW Research dla serwisu Kliniki.pl, wynika, że blisko 4 mln dorosłych Polaków poddało się zabiegom medycyny estetycznej w ciągu ostatnich pięciu lat. Stanowi to 12,9% naszej populacji. Do tego dochodzi grupa 19,9% badanych, którzy poważnie rozważają taki krok. Łącznie daje to ok. 11 mln osób wykazujących realne zainteresowanie ingerencją w swój wygląd. Wbrew przekonaniu, że to domena osób dojrzałych walczących z oznakami starzenia, najczęściej na zabiegi decydują się obecnie ludzie bardzo młodzi. Aż ponad 17% osób do 24. roku życia zadeklarowało skorzystanie z medycyny estetycznej. Dla najmłodszego pokolenia zabiegi te traktowane są często jako swoista profilaktyka lub sposób na szybkie dostosowanie się do trendów wykreowanych w internecie. W grupie osób powyżej 50. roku życia ten odsetek jest o połowę mniejszy.
Medycyna estetyczna stała się bardziej inwazyjna
Dla wielu pacjentów korzystających z usług salonów kosmetycznych granica między zabiegiem pielęgnacyjnym a medycznym często się zaciera. Jednak w świetle prawa i odpowiedzialności osoby wykonującej zabieg różnica jest kolosalna. Stawką jest nasze zdrowie. W internecie nadal wrze, mimo iż ministerstwo zdrowia swoje stanowisko w sprawie wykonywania zabiegów estetycznych ogłosiło w styczniu 2026 r. W dodatku nie było ono wprowadzaniem żadnej nowej ustawy. To oficjalna interpretacja już obowiązujących przepisów dotyczących świadczeń zdrowotnych. Resort jednoznacznie uznał, że większość procedur iniekcyjnych (czyli tych z użyciem igły) oraz znaczna część zaawansowanych zabiegów laserowych to działania stricte medyczne. Wymagają one zatem wykształcenia lekarskiego.
Komentujący tę sytuację dr Marek Wasiluk, doświadczony lekarz medycyny estetycznej i właściciel warszawskiej kliniki L’experta, nie kryje, że taki ruch rządu był nieunikniony ze względu na zmieniający się rynek.
- Należy podkreślić, że stanowisko Ministerstwa Zdrowia to nie jest nowy przepis, tylko przypomnienie i interpretacja już istniejącego prawa. Medycyna estetyczna w ostatnich latach stała się bardziej inwazyjna, a przez to mniej bezpieczna. Skoro rośnie liczba procedur, które niosą ryzyko możliwych powikłań, jakie mogą one powodować, naturalne jest, że Państwo chce ten sektor medycyny mocniej regulować. Rolą Ministerstwa Zdrowia jest dbanie o zdrowie Polaków, Polaków laików – komentuje dr Marek Wasiluk.
Moda na silne preparaty i wysyp powikłań
Jak zauważa ekspert, kilkanaście lat temu rynek wyglądał zupełnie inaczej. W gabinetach królowały zabiegi o bardzo małej inwazyjności, takie jak mikrodermabrazja, powierzchowna mezoterapia czy podstawowe wypełniacze. Dziś to już przeszłość. Standardem stało się wykorzystywanie potężnych technologii laserowych oraz silnych stymulatorów tkankowych. Niestety, brak twardo egzekwowanych regulacji sprawił, że po te skomplikowane narzędzia zaczęły sięgać osoby bez odpowiedniego wykształcenia, a to prosta droga do tragedii.
- Od ok. pięciu lat, bardzo mocno promowane są stymulatory tkankowe w tym kwas polimlekowy, który jest najsilniejszym stymulatorem. Jest to bardzo dobry, ale też bardzo niebezpieczny produkt. Może przynieść świetne efekty, ale może też poważnie zaszkodzić. Problemem stało się wykonywanie tych zabiegów bez właściwej wiedzy i kwalifikacji zdrowotnej pacjenta. To spowodowało wysyp bardzo uciążliwych powikłań u pacjentów, którzy zaczęli to zgłaszać w odpowiednich instytucjach, co moim zdaniem spowodowało pewną reaktywność rządu – zaznacza dr Marek Wasiluk.
Do tego doszła agresywna sprzedaż w mediach społecznościowych. Promocja zabiegów często pomijała kwestie bezpieczeństwa, skupiając się wyłącznie na szybkim zysku. Dodatkowym zapalnikiem do działania resortu mogły być również wewnętrzne tarcia w samej branży beauty.
– Według mnie na decyzje Ministerstwa wpłynęło również lobbowianie przez pewne organizacje i stowarzyszenia, które postulowały m.in. doprecyzowanie przepisów tak, aby w ich ocenie nie wykluczały kosmetologów z wykonywania części zabiegów estetycznych – komentuje dr Marek Wasiluk.
Prawidłowe wkłucie igły to za mało. Liczy się diagnoza
Głównym punktem zapalnym w dyskusji między kosmetologami a lekarzami jest pojęcie "kwalifikacji medycznej". Wiele osób mylnie zakłada, że jeśli ktoś potrafi poprawnie technicznie wbić igłę z preparatem, to jest gotowy do wykonania zabiegu. Z medycznego punktu widzenia to ogromny i niebezpieczny błąd.
- W tych zabiegach w kwestii bezpieczeństwa chodzi przede wszystkim o właściwą kwalifikację pacjenta do zabiegu. Nie można kwalifikować medycznie pacjenta bez wiedzy medycznej. Znajomość anatomii to nie to samo co rozumienie chorób przewlekłych, mechanizmów powstawania powikłań czy procesów gojenia. Bez tego nie da się bezpiecznie wykonać wielu procedur medycyny estetycznej. Trzeba umieć rozumieć procesy, jakie zachodzą w organizmie pacjenta, umieć reagować na niepożądane reakcje. To nie jest kwestia wyłącznie prawidłowej techniki wykonania zabiegu - podkreśla dobitnie lekarz.
Co ta zmiana oznacza dla pacjentów?
Eksperci uważają, że interpretacja wydana przez Ministerstwo Zdrowia wymusi bardzo potrzebne uporządkowanie rynku i podniesie świadomość samych pacjentów, którzy będą uważniej sprawdzać kompetencje osoby wykonującej zabieg medycyny estetycznej. Dodatkowo ubezpieczyciele dostali do ręki argument, że mogą odmawiać wypłaty odszkodowań za błędy w sztuce, jeśli inwazyjny zabieg został wykonany przez osobę bez uprawnień lekarskich. Zmieni się także podejście sądów rozpatrujących dramatyczne w skutkach powikłania. Dla pacjentów, chcących korzystać z tego typu zabiegów to również wskazówka, by dokładnie sprawdzali, w czyje ręce oddają swoją twarz i ciało i sprawdzali kompetencje lekarzy. Jak? Najlepiej sprawdzić dyplom lekarski i dokumenty świadczące o szkoleniach. Dobry specjalista chwali się nimi.