Wyszukaj w serwisie
choroby profilaktyka problemy cywilizacyjne zdrowie psychiczne żywienie zdaniem lekarza uroda i pielęgnacja
Pacjenci.pl > Profilaktyka i leczenie > Ta lekarka wezwała karetkę do pierwszego Polaka z potwierdzonym COVID-19
Agnieszka  Sztyler-Turovsky
Agnieszka Sztyler-Turovsky 05.03.2024 18:06

Ta lekarka wezwała karetkę do pierwszego Polaka z potwierdzonym COVID-19

 dr Jadwiga Caban-Korbas, sanepid, pandemia kornoawirusa Covid-19
fot. dr Jadwiga Caban-Korbas (archiwum prywatne)

Szybki telefon do szefowej posterunku. Słyszę, że panika w miasteczku sięga zenitu, a ze sklepów wymiotło „spożywkę”. – Cybinka wygląda, pani doktor, jakby ją korniki zżarły – mówi policjantka –  dr Jadwiga Caban-Korbas, była szefowa Sanepidu w Słubicach wspomina dzień, gdy do Polski trafił pierwszy pacjent z Covid-19, a ona stała się bohaterką ogólnopolskiej afery.

4 marca 2024 r. Polacy „świętowali” czwartą rocznicę wybuchu pandemii koronawirusa. Z tej okazji publikujemy wspomnienia słynnej „Jadzi z Sanepidu”, jak panią doktor „ochrzcili” internauci, którymi podzieliła się w książce „Oddział Zakaźny. Historie bez cenzury”. To ona 4 marca 2020 r. odebrała telefon od spanikowanego polskiego pacjenta zero. 

„Wzywam Panu karetkę”

- Pierwszy telefon tego dnia. W słuchawce męski głos, zakatarzony. Mężczyzna mówi z wysiłkiem, w sposób charakterystyczny dla problemów z oddychaniem, i jest trochę splątany  nie do końca logiczny w odpowiedziach, zdenerwowany i przestraszony. Tłumaczy, że usiłował się zarejestrować telefonicznie do lekarza rodzinnego w przychodni, ale ten poinformował go, by „zgłosił się po pomoc do sanepidu”. W wywiadzie pacjent podaje: gorączka, duszność, ból mięśni, kości, poczucie rozbicia. W sobotę wrócił od rodziny z zachodnich Niemiec. Z miasteczka Heinsberg w rejonie Nadrenii-Północnej Westfalii. Był na festynie, który okazał się potem dużym ogniskiem zachorowań. Mówi, że jego rodzina w Niemczech już jest na kwarantannie. Wiem to, co najważniejsze: to będzie pierwszy zdiagnozowany pacjent z COVID-19 w Polsce. – Wzywam panu karetkę. Proszę nie ruszać się z domu. Zapisuję adres  mężczyzna dzwoni z Cybinki, małego miasta liczącego niecałe trzy tysiące mieszkańców. – Tylko niech wjadą na podwórko, a nie stoją na ulicy, bo nie chcę sensacji  zastrzega. Jaki wrażliwiec, myślę z ironią. Jakoś wrażliwości zabrakło, gdy zwiewał z niemieckiej kwarantanny, by przywlec wirusa do swojej miejscowości.

Jak wygląda noc w szpitalu psychiatrycznym? Lekarz ujawnia:

(...Dzwonię do dyspozytora, uzasadniam potrzebę uruchomienia transportu celowanego. Wszystko idzie sprawnie, pomijając jeden szczegół: karetka nie wjeżdża na podwórko, tylko zatrzymuje się przed domem, przy ulicy. Posypią się na mnie za to najgorsze bluzgi.

Zabija w Polsce głównie emerytów. A młodych, jeśli robią jeden błąd Groźny wirus bardzo blisko Polski. Zakażenie prawie zawsze kończy się śmiercią

Widział się Pan z żoną?

– Jak wyglądał kontakt?  pytam żonę pacjenta. – Zobaczyłam rano, w niedzielę, jak wjeżdża na podwórko. Potem poprosił mnie o coś na gorączkę, to podałam przez uchylone drzwi i ani ja, ani syn nie mieliśmy bliskiego kontaktu (...)

Pacjent już jest w szpitalu, na oddziale chorób zakaźnych. Tymczasem dzwoni do mnie żona pacjenta zero, jest zaniepokojona, wokół posesji kręcą się ludzie z miasteczka.– Boję się, że mi coś zrobią  mówi spanikowana. – Zadzwonię na policję, żeby patrol przejeżdżał pod pani domem kilka razy dziennie  uspokajam. 

(...) Przemyka mi przez głowę: kto tu zaprosił telewizjęł? Nie zatrzymuję tej myśli na dłużej, przecież to „nasze chłopaki”. Na spotkaniu jest oczywiście burmistrz Cybinki  totalnie spanikowany, trzęsą mu się ręce. Łamiącym się głosem próbuje wymusić na mnie zamknięcie szkoły. Mówi, że ta nauczycielka, żona mężczyzny, z który pacjent zero zamienił parę słów przy bankomacie, dostaje telefony z pogróżkami. Mieszkańcy dzwonią, krzyczą, że jest totalnie nieodpowiedzialna, że jak śmiała iść do szkoły. Atmosfera linczu wisi w powietrzu. Odmawiam zamknięcia szkoły.

– Niech pan sam zamyka szkołę, jako organ założycielski. Ja nie będę się ośmieszała. Jak skieruję szkołę na kwarantannę, to także pana dziecko, więc i pana zamknę. Unieruchomię w domach pół miasta z powodu czterech kontaktów, które zgodnie ze swoją wiedzą uważam za ujemne (...)

Tłumaczę jeszcze raz, że nic strasznego się w Cybince nie stało i nie stanie z powodu jednego chorego, w porę i prawidłowo zaopiekowanego. Ale widzę, że burmistrz i tak chce z Cybinki zrobić drugi Wuhan. Widział przecież w telewizji, jak Chińczycy odkażają całe miasto, i przez dwa miesiące nasłuchał się o wirusie  „cichym zabójcy”.

Pacjent dzwoni do mnie z bluzgiem

Nie mam pojęcia, że to nagranie z posiedzenia zespołu kryzysowego jest właśnie wykorzystywane przez jakiegoś rozkoszniaczka  bezmózgowca, puszczone w cyberprzestrzeń, w postaci skrótu, zawierającego moje, to prawda, raczej niekonwencjonalne wypowiedzi, choć nie kierowane ani do rzeczonego rozkoszniaczka, ani do ogółu społeczeństwa (...)

Nazajutrz Polska żyje moim wystąpieniem, które miało być tylko „do użytku wewnętrznego”. Afera na cały kraj. Ministerstwo Zdrowia i Rzecznik Praw Obywatelskich grzmią o złamaniu przeze mnie RODO i Konstytucji, o tym, że ujawniłam dane wrażliwe, że lekko wypowiadałam się o pacjencie, który przebywa w szpitalu, i o jego rodzinie. Główny Inspektor Sanitarny domaga się mojego odwołania. Wkrótce minister spraw wewnętrznych upomina starostę, że nie realizuje poleceń rządu i mnie nie odwołuje.

Pacjent zero dzwoni do mnie z bluzgiem:

– Powinni cię, kur*o, wypierdolić z roboty!

Jestem świadoma, że to marzenie pacjenta zero się spełni (...)

Co zaskakujące, zaczynam dostawać całą masę SMS-ów i telefonów ze wsparciem, nawet z zagranicy. Zero hejtu w moim telefonie! Na środku głównego placu miasta zawisa baner: „Zostawcie Cabankę!”  większość ludzi w Słubicach wciąż używa mojego nazwiska panieńskiego. Nie czekam aż mnie zwolnią. Postanawiam odwołać się sama i 1 kwietnia „wypisuję się z towarzystwa”. Mam taką zasadę w życiu, by szerokim łukiem omijać socjopatów, psychopatów, ludzi małostkowych i niegodziwych.

Co, jeśli pacjenci pobiją się na oddziale?! Lekarz opowiada:

"Oddział Zakaźny", Agnieszka Sztyler-Turovsky, Wydwnictwo SQN

Prawda o szpitalach psychiatrycznych. Elektrowstrząsy mają się dobrze
szpital psychiatryczny, dr Grzegorz Opielak, psychiatra
Telefon można mieć, ale bez ładowarki. Buty, ale bez sznurówek. „Ale szpital psychiatryczny to nie więzienie! Pacjenci wieczorami grają w karty, mogą wpisać się w zeszyt i wyjść na spacer” – mówi w podcaście Pacjenci.pl dr hab. n. med. Grzegorz Opielak*, psychiatra.- W szpitalach są dwa oddziały na „P”, na których pacjent ma prawo krzyczeć. To pediatria i psychiatria – mówi dr hab. n. med. Grzegorz Opielak, szef oddziału psychiatrii szpitala w Janowie Lubelskim.  Jak wygląda pobyt w takim szpitalu? Elekstrowstrząsy wciąż są stosowane! – To bardzo dobra metoda! Tak naprawdę do wprowadzenie pacjenta w napad padaczkowy – mówi psychiatra. I dodaje, że woli określenie „leczenie elektryczne”. Mówi, że to, jak zresetowanie mózgu, niczym komputera. I że dla wielu pacjentów, którym leki nie pomagają, elektrowstrząsy są wybawieniem.
Czytaj dalej
Pokonał raka. Lekarze nie dawali mu wielkich szans
Tomasz Prosińki, #TokTuMi, Instytut Zdrowia Mentalnego
Tomasz, z zawodu menadżer i finansista, ma 47 lat i chorował na nowotwór mózgu. Lekarze nie dawali mu większych szans. Dziś jest zdrowy, a fakt, że stanął oko w oko ze śmiercią, odmienił jego życie. Pomaga osobom wypalonym zawodowo i młodzieży w ramach akcji #TokTuMi, której patronem został portal Pacjenci.pl.W tym podcaście Tomasz o tym opowiada, jak możecie skorzystać z pomocy, albo wesprzeć akcję:Tomasz miał 44 lata, gdy dowiedział się, że jego mózg jest inny. Owszem, tak jak u zdrowego człowieka może i składał się z około stu miliardów neuronów, galaretowatej tkanki zbudowanej z wody, białka, tłuszczu i soli mineralnych. Twardych, miękkich i pajęczych opon mózgowo rdzeniowych czy setek innych skomplikowanych struktur, które - choć wszystkie razem ważą niewiele więcej niż bochenek chleba - to stanowią o mózgu jako najbardziej złożonej maszynerii wciśniętej w ludzką czaszkę.- Ale w moim rósł guz. Powoli i latami. Na zdjęciu z rezonansu przypomina piłkę tenisową. Albo jak kto woli: męską pięść. Niemal sześć na sześć centymetrów, całkiem sporo, bo na jedną czwartą całej czaszki, tuż za lewym oczodołem - opowiada historię choroby mężczyzna.
Czytaj dalej