Kiedy kości pękają jak zapałki. Przełom, który wyrwał chorych na hipofosfatazję z niepełnosprawności
Leniwy, nieporadny, wiecznie zmęczony – te niesprawiedliwe i krzywdzące określenia przez lata słyszą chorzy na hipofosfatazję (HPP). Ta ultrarzadka, postępująca choroba genetyczna nazywana jest inaczej chorobą kruchych kości, bo kości pacjentów łamią się tak łatwo jak zapałki, a w codziennym życiu towarzyszy im nieustanny ból. Przez dekady medycyna była wobec niej bezsilna, oferując jedynie leczenie objawowe. Jednak udostępnienie dwa lata temu nowoczesnego leczenia enzymatycznego całkowicie zmieniło rzeczywistość polskich pacjentów. Dziś, z perspektywy czasu, lekarze i chorzy mówią, że to był przełom, który zatrzymał rozwój schorzenia i zwrócił dzieciom utracone dzieciństwo.
- Hipofosfatazja to ultrarzadka choroba genetyczna niszcząca kości – diagnoza trwa latami przez brak wiedzy lekarzy
- Refundowana terapia enzymatyczna zrewolucjonizowała leczenie HPP, zatrzymując rozwój choroby i oszczędzając bólu
- Leczenie enzymatyczne wymaga przyjmowania dawek przez całe życie – odstawienie leku grozi nagłym nawrotem objawów
„To bóle wzrostowe” – dramatyczne poszukiwanie diagnozy
Hipofosfatazja to wrodzona wada metaboliczna. Błąd w jednym z genów powoduje, że organizm chorego nie wytwarza ważnego enzymu – fosfatazy alkalicznej, która odpowiada za mineralizację kości. W konsekwencji prowadzi to do szeregu objawów i związanych z nimi powikłań: wykrzywienia kości, deformacji szkieletu, nawracających złamań, przedwcześnie wypadających zębów oraz osłabienia mięśni.
Większość z kilkudziesięciu zdiagnozowanych pacjentów w Polsce znajduje się pod opieką dr hab. n. med. Izabeli Michałus z Kliniki Endokrynologii i Chorób Metabolicznych Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Ekspertka nie ukrywa, jak bezwzględne potrafi być to schorzenie:
– Najcięższa z postaci, perinatalna, dotyka noworodków, a jej śmiertelność sięga niemal 100%, zwłaszcza jeśli na skutek zdeformowanej klatki piersiowej pojawiają się trudności w oddychaniu czy nawet niewydolność oddechowa spowodowana nieprawidłowo rozwiniętymi płucami. Ale również późniejsze postaci, np. dziecięca, z racji na progresywny charakter bardzo obciążają pacjentów i ich rodziny, prowadząc z czasem do niepełnosprawności – wyjaśnia dr hab. Izabela Michałus.
Większość lekarzy nie wie, co to za choroba
Zanim jednak pacjenci usłyszą właściwą diagnozę, chodzą od gabinetu do gabinetu, szukając właściwego rozpoznania. Większość lekarzy nie ma wiedzy na temat tej ultrarzadkiej choroby, dlatego jej objawy są mylone z innymi schorzeniami, a na prawidłowe rozpoznanie czeka się latami. Podstawą diagnozy jest proste badanie poziomu fosfatazy alkalicznej z krwi obwodowej. Jednak w przypadku HPP dolna granica normy dla tego enzymu różni się w zależności od wieku czy płci pacjenta, przez co wyniki są często błędnie interpretowane.
- Choroba może ujawnić się na różnym etapie życia: u noworodka, w okresie niemowlęcym, dziecięcym albo u osób dorosłych. Atakuje różne narządy i układy, jednak podstawowym układem jest układ kostny. Powoduje u pacjenta deformacje kości, złamania oraz bóle kostne. Może też dotyczyć układu nerwowego – pojawiają się drgawki zależne od witaminy B6 (w której metabolizmie tkankowo nieswoista fosfataza również bierze udział). Może wywoływać przedwczesne zarastanie szwów czaszkowych u dzieci. Na każdym etapie życia dominują inne objawy – wyjaśnia dr hab. Michałus.
Wyboista droga po diagnozę
Dramatyczną drogę przez system przeszła 19-letnia Maja Dec, która od wczesnego dzieciństwa cierpiała na przewlekłe bóle głowy. Gdy u dziewczynki pojawiły się silne bóle stawów, lekarze początkowo tłumaczyli to bólami wzrostowymi i aktywnością fizyczną. Przez siedem lat Maja słyszała różne, jak się okazało błędne diagnozy – rozpoznano u niej między innymi tocznia, przez co przyjmowała leki, które w niczym nie pomagały. Dopiero po latach diagnostycznego błąkania się po omacku usłyszała, że cierpi na hipofosfatazję.
Z kolei u 15-letniej Oli z Wrocławia rozpoznanie zajęło 2,5 roku. Dziewczynka urodziła się z wykrzywionymi rączkami i nóżkami. Początkowo lekarze podejrzewali u niej łamliwość kości, a matka szukała ratunku u specjalistów w całym kraju oraz w USA, zanim badania ostatecznie potwierdziły HPP.
„Jakby ktoś bił drewnianym kijem”. Cierpienie wpisane w codzienność
Niedobór enzymu odpowiadającego za mineralizację szkieletu powoduje cierpienie, którego nie uśmierzają zwykłe leki przeciwbólowe. Wszystkich chorych łączy potężna sztywność ciała. Samodzielna w młodości Kamila Anna Dratkowicz, założycielka i prezes Fundacji HypoGenek, z czasem z powodu postępu choroby musiała przesiąść się na wózek inwalidzki.
– Zapytałam kiedyś podopiecznego naszej Fundacji, 9-letniego chłopca, jak bolą go nóżki. Odpowiedział, że to uczucie, jakby ktoś uderzał go w nogi czymś drewnianym. Ból jest trudny do opisania, zwłaszcza gdy żyje się z nim od urodzenia. Mogę podać też swój przykład: gdy miałam 20 lat i byłam sprawna, zmęczenie odczuwałam po przejściu górskiego szlaku nad Morskie Oko. Gdy choroba postępowała, takie samo zmęczenie czułam po pokonaniu półpiętra. Dopiero po rozpoczęciu terapii pacjenci uświadamiają sobie, co oznacza życie bez bólu i sztywności, które wyłączają z życia – opisuje prezes Fundacji HypoGenek.
Dla Mai największym koszmarem były poranki. Po przebudzeniu nastolatka czuła uderzenie potężnej kuli zmęczenia i bólu, który nagle atakował jej kości. Bywały dni, kiedy przez pięć godzin nie była w stanie wstać z łóżka. Ta fizyczna niemoc zniszczyła jej codzienność do tego stopnia, że musiała zrezygnować ze stacjonarnej nauki w szkole i przejść na edukację zdalną przez internet. Każdy dzień musiała planować pod kątem tego, czy będzie w stanie funkcjonować. Marzenia o tańcu, który towarzyszył jej od dziecka, zeszły na dalszy plan.
Prezes Fundacji HypoGenek dodaje, że HPP ma też druzgocący wpływ na całe rodziny.
– Pamiętam jedną z mam, której dwójka nastoletnich dzieci chorowała. Schorzenie syna i córki całkowicie wykluczyło ją z rozwoju zawodowego. Z kolei same dzieci z powodu braku możliwości biegania czy ćwiczenia zostały odsunięte od normalnego życia. Chłopiec nigdy nie mógł grać w piłkę ani uprawiać sportów kontaktowych, a cała rodzina musiała zrezygnować ze wspólnej pasji, jaką były wędrówki po górach. Zamiast tego dzieciństwo rodzeństwa upływało na stałej rehabilitacji, strachu przed każdym złamaniem wiążącym się z ryzykiem powikłań. Ta mama miała ogromny lęk, że bez leczenia choroba doprowadzi jej dzieci do niepełnosprawności – opowiada Kamila Dratkowicz.
Terapia na granicy cudu. Dwa lata od historycznej decyzji o refundacji
Do niedawna standardem leczenia hipofosfatazji było wyłącznie leczenie objawowe: stosowanie preparatów wapnia, witamin D, K i C, rehabilitacja oraz zabiegi chirurgiczne i ortopedyczne, a w przypadku niemowląt z deformacjami klatki piersiowej – mechaniczna wentylacja. Prawdziwy punkt zwrotny nastąpił dwa lata temu, gdy Ministerstwo Zdrowia wprowadziło refundację enzymatycznej terapii zastępczej (asfotaza alfa). To pierwszy i jedyny lek celowany na tę chorobę, podawany w formie podskórnych zastrzyków, który zatrzymuje rozwój schorzenia i w dużej mierze uwalnia chorych od objawów.
– Pojawienie się tej opcji terapeutycznej absolutnie zmienia rzeczywistość chorych z hipofosfatazją – mówiła wtedy prof. Jolanta Sykut-Cegielska, krajowa konsultant w dziedzinie pediatrii metabolicznej.
– Patrząc jak ten lek działa, muszę powiedzieć, że jest to na granicy cudu – dodaje dr hab. Izabela Michałus. - Niezależnie od postaci choroby, lek przynosi ogromną poprawę – zwiększa wydolność fizyczną, łagodzi ból i usprawnia działanie całego układu ruchowego. Dzięki tak wysokiej skuteczności leczenia pacjenci wcześniej niepełnosprawni wracają do pracy i realizacji swoich marzeń.
Zmienia się życie pacjentów
Dziś efekty tej decyzji widać gołym okiem. Podczas corocznego zjazdu pacjentów Fundacji HypoGenek w Łodzi spotkanie zdominowały niesamowite historie powrotu do aktywności. Na scenę wyszła m.in. Maja Dec, która zatańczyła wymagający układ bez oznak zmęczenia. Dziewczyna jest żywym dowodem na to, że zrefundowany lek skutecznie zatrzymuje postęp choroby. Ponieważ terapię enzymatyczną rozpoczęła stosunkowo wcześnie, nie doszło u niej do nieodwracalnych powikłań narządowych, z którymi zmagają się dorośli pacjenci leczeni wyłącznie objawowo. Lek zaczęła przyjmować w marcu, a już w maju pisała egzaminy dojrzałości.
– Tę maturę zdałam właśnie dzięki enzymowi – mówi z poruszeniem Maja. – Kilka miesięcy wcześniej, bez leku, nie byłabym w stanie siedzieć podczas egzaminu. Zdałam ją stacjonarnie, co wcześniej było poza moim zasięgiem.
Z kolei 15-letnia Ola z Wrocławia, której kości w momencie rozpoczynania leczenia były na zdjęciach RTG niemal przezroczyste, po latach terapii nie zmaga się już z ciągłymi złamaniami (wcześniej przeszła około 30 hospitalizacji). Dzisiaj jeździ na rowerze i trenuje różne sporty. Jej mama, Jolanta Kwolek, mówi ze łzami w oczach: „Moje dziecko funkcjonuje jak rówieśnicy”.
Specyfika terapii metabolicznej
Wprowadzenie refundacji udowodniło, że medycyna potrafi uchronić pacjentów przed postępującą utratą sprawności. Ta terapia wymaga jednak stałego i regularnego schematu podawania leku kilka razy w tygodniu.
– Podobnie jak w przypadku insuliny przy cukrzycy, lek trzeba przyjmować stale. Z wiedzy przekazanej przez lekarzy wynika, że odstawienie leku lub pominięcie dawki powoduje gwałtowny spadek poziomu fosfatazy alkalicznej do wartości niższych niż przed rozpoczęciem leczenia. Stan pacjenta ulega wówczas diametralnemu pogorszeniu. Dzieci przyjmujące lek dorównują rówieśnikom pod względem rozwojowym i fizycznym. Różnica w jakości życia przed i po rozpoczęciu terapii jest nie do opisania, to dwa zupełnie inne światy - podsumowuje Kamila Dratkowicz.
Potwierdza to dr hab. Michałus, dodając, że nie wyobraża sobie, by pacjenci mieli nie mieć dostępu do takiej terapii.
- Jak w każdej terapii enzymatycznej leczenie nie powinno być przerywane. W momencie, gdy go odstawimy, zaczynamy wracać do stanu sprzed leczenia, a może nawet gorzej. Nie wyobrażam sobie, żeby pacjenci nie dostawali takiego leczenia, bo jest to terapia na całe życie. Jak dotąd takie leczenie celowane stanowi jedyną dostępną terapię i jest to jedyny lek – mówi ekspertka.
Dla Mai Dec te „dwa zupełnie inne światy” oznaczają, że dawny koszmar poranków i paraliżujący kości ból odeszły w niepamięć. Ponieważ lek zatrzymał rozwój schorzenia, dziś pracuje jako instruktorka tańca, realizując swoje dawne marzenia i niedługo rozpocznie studia.
– Moje życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Najważniejszy był powrót do normalnego życia. Wcześniej, ze względu na chorobę, musiałam planować cały dzień pod kątem tego, czy będę w stanie wstać z łóżka i funkcjonować. Teraz żyję jak inni, zdrowi ludzie – kończy nastolatka.