Obserwuj nas na:
Pacjenci.pl > Prawo i zdrowie > Jak zostać lekarzem w Polsce? Nawet nie trzeba mieć matury. NIL ostrzega, ministerstwo milczy
Daria  Siemion
Daria Siemion 25.11.2025 15:03

Jak zostać lekarzem w Polsce? Nawet nie trzeba mieć matury. NIL ostrzega, ministerstwo milczy

Jak zostać lekarzem w Polsce? Nawet nie trzeba mieć matury. NIL ostrzega, ministerstwo milczy
W Polsce pracują lekarze bez matury. NIL bije na alarm Fot. Canva

Studia medyczne bez matury? Brzmi jak absurd, ale w Polsce coraz więcej osób wybiera właśnie taką ścieżkę. Dzięki firmom pośredniczącym, takim jak Dream Med, można rozpocząć naukę na ukraińskich uczelniach medycznych – bez egzaminów wstępnych, bez świadectwa dojrzałości i często… bez konieczności wyjazdu za granicę.

To zjawisko, które budzi coraz większe emocje w środowisku lekarskim. Naczelna Izba Lekarska ostrzega przed „edukacyjną fikcją", Ministerstwo Zdrowia milczy, a Dream Med zapewnia, że wypełnia lukę w systemie, w którym „brakuje 25 tysięcy lekarzy”.

Jak trudno zostać lekarzem w Polsce?

Droga do zawodu medyka w Polsce jest pełna wyzwań. By dostać się na kierunek lekarski, trzeba zdać maturę z biologii i chemii na poziomie rozszerzonym z wynikiem przekraczającym 80 procent. Na najlepszych uczelniach – takich jak Warszawski Uniwersytet Medyczny czy Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego  – progi przyjęć przekraczają nawet 86–88 procent.

Po sześciu latach studiów absolwent odbywa roczny staż podyplomowy i zdaje Lekarski Egzamin Końcowy. Na tym etapie może pracować w placówkach podstawowej opieki zdrowotnej (POZ), na SOR-ach (Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych) lub w nocnej i świątecznej opiece zdrowotnej, a także w centrach krwiodawstwa. Może też rozpocząć kilkuletnią specjalizację (np. z chirurgii) – czasami trwającą nawet 9 lat. 

Ale od pewnego czasu istnieje prostsza, choć kontrowersyjna alternatywa.

Jak zostać lekarzem w Polsce? Nawet nie trzeba mieć matury. NIL ostrzega, ministerstwo milczy
Na kierunek lekarski w Polsce dostają się tylko najlepsi maturzyści. Później wcale nie jest łatwiej Fot. East News / Marek Kudelski

„Marzenia bez matury” – obietnice Dream Med

Na stronie Dream Med widnieją obietnice: „Zostań lekarzem, nawet jeśli nie zdałeś matury”

"Wyniki na maturze nie były satysfakcjonujące? Czujesz zmęczenie perspektywą spędzenia roku w niepewności, walcząc o kilka dodatkowych punktów na następnym egzaminie maturalnym? Zamiast uczestniczyć w niekończącym się wyścigu szczurów, istnieje rozwiązanie. Twoja przyszłość nie musi być zdeterminowana wyłącznie przez wyniki matury!" – czytamy.

Firma przekonuje, że pomaga Polakom rozpocząć studia medyczne na ukraińskich uczelniach, które w czasie wojny przeszły na tryb zdalny.

W odpowiedzi na pytania o warunki rekrutacji przedstawiciele firmy potwierdzają:

– Tak, rozpoczęcie studiów jest możliwe bez matury, wymagany jest jedynie paszport oraz świadectwo ukończenia szkoły średniej.

Według Dream Med nauka odbywa się w pełni online, a praktyki – we współpracy z polskimi placówkami medycznymi.

Firma podaje, że z tej ścieżki skorzystało dotąd ponad 120 osób. Część ukończyła już studia, inni wciąż się uczą. Koszt takiego kształcenia wynosi ok. 19 tys. zł rocznie – według rozmówców nawet o 11 tys. zł mniej niż na uczelniach w Polsce w trybie niestacjonarnym.

W środowisku lekarskim narasta sprzeciw. – Po takich uczelniach nie powinno być w ogóle możliwości pracy w Polsce. To tworzy nierówność na rynku pracy – mówi jeden z polskich lekarzy, proszący o anonimowość.

Jak naprawdę działa uznawanie dyplomów zza wschodniej granicy?

Zgodnie z polskim prawem dyplomy medyczne spoza Unii Europejskiej muszą zostać formalnie uznane (nostryfikowane) przez polską uczelnię medyczną. Procedura obejmuje egzaminy językowe, analizę programu kształcenia, różnic programowych i ewentualne egzaminy uzupełniające. Ponadto taki lekarz musi zdać Lekarski Egzamin Weryfikacyjny (LEW), który potwierdza jego kwalifikacje zawodowe  i daje możliwość ubiegania się o prawo wykonywania zawodu (PWZ) w Polsce. 

Od kilku lat funkcjonuje jednak także tzw. system uproszczony – rozwiązanie wprowadzone w 2020 roku przez Ministerstwo Zdrowia (szefem resortu był wtedy Adam Niedzielski ze Zjednoczonej Prawicy) dla lekarzy spoza UE, w tym głównie z Ukrainy i Białorusi. Umożliwia uzyskanie warunkowego prawa wykonywania zawodu, które pozwala pracować w określonej placówce, pod nadzorem i na określony czas, bez pełnej nostryfikacji dyplomu. 

Naczelna Izba Lekarska od lat krytykuje to rozwiązanie, wskazując, że dyplomy uznawane w tym trybie nie podlegają pełnej weryfikacji programowej, a niektórzy kandydaci nie mówią po polsku. 

Specjalizacja w ekspresowym tempie

Różnice w systemach kształcenia dotyczą nie tylko studiów, ale też specjalizacji. W Polsce specjalizacje trwają najczęściej 5–6 lat, a w niektórych dziedzinach nawet dłużej. Na Ukrainie – w zależności od uczelni i programu – mogą trwać krócej, czasami dwa lata.

– Formalnie specjalizacje zdobyte na Ukrainie nie są w Polsce uznawane. W praktyce jednak część dyrektorów, zwłaszcza w sektorze prywatnym, przymyka na to oko ze względu na braki kadrowe – mówi przedstawiciel Naczelnej Izby Lekarskiej. 

Niektórzy lekarze czują, że trafiają na nierówne zasady gry. – Nie mam pretensji, że ktoś uczy się krócej. Mam pretensję, że jego kwalifikacje są stawiane na równi z moimi – mówi jeden z nich. Opowiada, że spotkał specjalistów zza wschodniej granicy, którzy „nie mieli podstawowych umiejętności klinicznych”.


Dream Med podkreśla, że skrócone ścieżki wynikają z realiów wojny oraz kryzysu kadrowego. Firma zaznacza, że proces specjalizacji odbywa się indywidualnie i nie wymaga obecności na Ukrainie. Według lekarzy z NIL to jednak „droga na skróty, która zagraża bezpieczeństwu pacjentów”:

– Nie trzeba chyba porównywać zakresu kompetencji specjalizacji, która na Ukrainie trwa rok, a w Polsce 5–6 lat – komentuje dr Kosikowski.

Jak zostać lekarzem w Polsce? Nawet nie trzeba mieć matury. NIL ostrzega, ministerstwo milczy
W Polsce specjalizacje lekarskie robi się nawet 9 lat, w Ukrainie niekiedy tylko 2 lata Fot. East News / Tomasz Golla

Milczenie Ministerstwa Zdrowia

Naczelna Izba Lekarska już kilkukrotnie apelowała do Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego o interwencję. Bezskutecznie.

– Zwracaliśmy się z tym do MZ i MNiSW obecnego i poprzedniego rządu – bez reakcji – informuje NIL.

Według dra Kosikowskiego, resort zdrowia od lat stosuje wobec lekarzy z Ukrainy łagodniejsze kryteria, co w praktyce pozwala obejść rygorystyczne wymogi stawiane polskim absolwentom.

– Problemem jest, że MZ cały czas stawia przed lekarzami z Ukrainy niższe wymagania i daje im prostszy dostęp do leczenia niż Polakom.

Ministerstwo Zdrowia nie odpowiedziało na nasze pytania o nadzór nad firmami takimi jak Dream Med.

Argumenty Dream Med

Firma zdecydowanie odrzuca zarzuty o obniżanie jakości kształcenia. Twierdzi, że współpracuje wyłącznie z uczelniami akredytowanymi przez ukraińskie Ministerstwo Zdrowia, a ich programy są modernizowane i dostosowane do nowoczesnych form nauczania.

– Wielu lekarzy wykształconych na Ukrainie nostryfikowało dyplomy w Polsce z powodzeniem. Wiedza naszych studentów nie odbiega od poziomu europejskiego – zapewniają przedstawiciele Dream Med.

Środowisko lekarskie w Polsce pozostaje sceptyczne. – Jeśli państwo pozwala na funkcjonowanie dwóch równoległych standardów, pacjenci w końcu poniosą tego koszty – odpowiada NIL.

Druga strona medalu

Kiedy Maryna przekraczała polską granicę w marcu 2022 roku, miała ze sobą nie tylko trójkę dzieci i psa na smyczy. Miała za sobą szesnaście lat pracy jako lekarka rodzinna w Ukrainie i świadomość, że wszystko, co zbudowała, zostało nagle zniknęło. W Polsce zaczynała od zera: bez planu, bez wsparcia, za to z uporczywym przekonaniem, że medycyna to nie zawód, lecz jej tożsamość.

– Nie widzę siebie w innej roli. Byłoby to jak próba życia w cudzej skórze – mówiła.

Jak zostać lekarzem w Polsce? Nawet nie trzeba mieć matury. NIL ostrzega, ministerstwo milczy
Maryna przyjechała do Polski już kilka dni po wybuchu wojny. Bała się o swoje dzieci Fot. East News / Jakub Kamiński

Początkowo skorzystała z warunkowego prawa wykonywania zawodu, ale od początku wiedziała, że jej celem jest pełna nostryfikacja dyplomu. Uczyła się języka po kilka godzin dziennie, zdała egzamin językowy, odbyła kursy dodatkowe i zaczęła pracę w przychodni POZ. Równolegle przygotowywała się do egzaminu LEW – 160 pytań z wszystkich dziedzin medycyny.

Zdała – jako jedna z około 7 procent kandydatów. Dziś przyjmuje miesięcznie ok. 300 pacjentów. Większość z nich to Polacy. – Pacjenci mi ufają. Rzadko czuję dystans.

Jednocześnie krytykuje lekarzy, którzy wybierają drogę na skróty: – Jeśli żyjemy w Polsce, powinniśmy żyć po polsku. Prawo może się zmienić w każdej chwili, a ktoś bez nostryfikacji może nagle stracić pracę. Ja chcę spać spokojnie, mam dzieci.

– Przykro mi tylko, że jestem traktowana na równi z osobami, które poszły po najniższej linii oporu. Niektórych Ukraińców jeszcze rozumiem, jeśli nie widzą swojej przyszłości w Polsce, ale każda osoba, która chce iść na medycynę na Ukrainie, bo nie dostała się w Polsce, powinna zastanowić się dwa razy. Zdecydowanie lepiej poprawić maturę.

Źródło: Pacjenci

Imię bohaterki zostało zmienione.

Wybór Redakcji
Stefan Krajewski
Rząd bada kolejny możliwy akt dywersji. Martwe zwierzę zarażone groźną chorobą
tomografia komputerowa
Te badania może zlecić lekarz rodzinny. Ponad 80 procedur [NOWA LISTA]
Lekarz wizyta NFZ
Od 1 stycznia kolosalna zmiana u lekarza na NFZ. Dotyczy wszystkich pacjentów
Cięcia w NFZ nieuniknione: Pacjenci i szpitale w obliczu kryzysu finansowego
Cięcia w NFZ nieuniknione: Pacjenci i szpitale w obliczu kryzysu finansowego
szpital
Wzrost zachorowań o 3800 proc. Kraków walczy z groźną chorobą. Ma pewien sposób
Kobieta z półpaścem
Co wiesz o półpaścu?
Pacjenci.pl
Obserwuj nas na: