Koń by się uśmiał? Influencerzy jedzą przysmaki dla koni. Psychodietetyk o nowym trendzie
Internet po raz kolejny udowadnia, że granica między zdrowym stylem życia a czystym szaleństwem jest niezwykle cienka. Na TikToku i Instagramie zawrzało od nowego trendu – młode kobiety, zamiast po tradycyjne batony, sięgają po... przysmaki dla koni. Choć skład wydaje się nienajgorszy, dietetycy nie zostawiają na tym pomyśle suchej nitki. Twoje jelita mogą tego nie wytrzymać.
Media społecznościowe regularnie zalewają nas falami dziwnych wyzwań, ale to, co dzieje się obecnie, budzi szczególny niepokój lekarzy i dietetyków. Coraz więcej osób chwali się w sieci jedzeniem produktów przeznaczonych dla zwierząt kopytnych. Mowa tu przede wszystkim o specjalnych lizawkach, które w sklepach jeździeckich sprzedawane są jako nagrody dla wierzchowców. Dlaczego ludzie po nie sięgają?
- Nowy niebezpieczny trend w mediach społecznościowych
- Młodzi jedzą przysmaki dla koni?
- Komentarz eksperta dot. niebezpiecznego trendu
Pozorna pułapka "czystego składu"
Głównym argumentem zwolenników tej kontrowersyjnej mody jest prosty, wręcz "idealny" skład produktów. Analizując popularne na rynku lizawki, faktycznie znajdziemy tam głównie naturalne składniki. Na liście dominują glukoza, mieszanki suszonych owoców (jabłko, banan, wiśnia) oraz warzyw. Wydaje się, że to fit-alternatywa dla sklepowych słodyczy naszpikowanych chemią.
— Staram się zrozumieć, o co chodzi [red. tym influencerom] — pewnie o prosty skład tych produktów: marchew, jabłko, witaminy, minerały, zero sztucznych dodatków. Komuś może się wydawać, że to jest jakiś dietetyczny game-changer — komentuje dietoterapeutuka Marta Uler.
— Tylko że to jest jedzenie dla koni. Ono nie jest projektowane, testowane ani kontrolowane pod ludzi i pod nasz układ trawienny.
To, co jest bezpieczne dla 500-kilogramowego zwierzęcia, niekoniecznie musi służyć człowiekowi. Produkty dla zwierząt podlegają zupełnie innym normom sanitarnym i jakościowym niż te przeznaczone do spożycia przez ludzi. Brak "sztucznych dodatków" nie czyni produktu automatycznie zdrowym dla ludzkiego żołądka.
Twoje jelita nie są gotowe na taką dawkę błonnika
Kluczowym problemem, na który zwracają uwagę specjaliści, jest różnica w budowie naszych układów pokarmowych. Koń to roślinożerca, którego organizm jest przystosowany do przetwarzania ogromnych ilości twardego błonnika. Ludzki organizm, choć błonnika potrzebuje, ma swoje ścisłe limity.
Przysmaki dla koni są projektowane tak, by dostarczać energii i stymulować trawienie u zwierząt. Dla człowieka taka dawka to potężny szok. Nadmiar błonnika w połączeniu ze specyficzną strukturą tych produktów może prowadzić do bardzo bolesnych dolegliwości. U osób testujących ten trend często pojawiają się silne wzdęcia, gazy i uporczywe uczucie ciężkości.
— To, co u konia ma fermentować spokojnie, u nas zaczyna robić chaos w brzuchu — ostrzega Marta Uler.
Do tego dochodzi kwestia cukru. Wiele z tych produktów to skoncentrowane suszone owoce. Ekspertka psychodietetyki i dietoterapii w rozmowie z nami dodaje także, że bez odpowiedniej kontroli porcji łatwo o gwałtowny skok cukru we krwi, co zamiast przypływu sił, kończy się nagłym zjazdem energetycznym i złym samopoczuciem.
"To jest proszenie się o problemy trawienne, a nie żaden fit trik"
Dietetycy apelują o rozsądek i powrót do podstaw. Jeśli szukamy zdrowych przekąsek, nie musimy zaglądać do stajni. Mamy pod ręką orzechy, świeże owoce, czy choćby zwykłą marchewkę pokrojoną w słupki. Jedzenie końskich lizwek to przesuwanie granic, które może mieć długofalowe skutki dla naszej mikroflory jelitowej.
Regularne spożywanie produktów niedostosowanych do ludzkiego układu trawiennego to prosta droga do przewlekłych problemów gastrycznych. Raz podjęte wyzwanie dla "lajków" w sieci może skończyć się koniecznością wizyty u gastrologa. Pamiętajmy, że popularność w mediach społecznościowych bywa ulotna, a zdrowie mamy tylko jedno. Zanim dasz się namówić na kolejny "rewolucyjny" trend, zadaj sobie pytanie: czy naprawdę chcesz być królikiem doświadczalnym dla internetowych algorytmów?
Źródło: Pacjenci