Przemysław Łatkowski: Cichy dramat w polskiej pracy. "Małpki" i alkoholizm w godzinach służbowych
Problem picia w godzinach służbowych przybrał w Polsce rozmiary cichej epidemii. Jak wynika z zatrważających statystyk, każdego dnia nad Wisłą sprzedaje się blisko półtora miliona niewielkich butelek z alkoholem, z których ogromna część ląduje w kieszeniach pracowników, teczkach urzędników i szafkach medyków. O zjawisku, które nie omija żadnej branży ani grupy społecznej, mówił w programie “Pacjent w centrum” na łamach medycznego serwisu Pacjenci.pl. Przemysław Łatkowski, terapeuta i specjalista do spraw uzależnień. Gość obnaża niewygodną prawdę o polskim rynku pracy, na którym alkoholizm wciąż bywa skrzętnie ukrywanym tabu.
Demokratyczna natura uzależnienia
Powszechnie przyjęło się uważać, że problem z nadużywaniem alkoholu dotyczy głównie osób wykonujących najcięższe prace fizyczne lub zmagających się z wykluczeniem społecznym. To jednak szkodliwy stereotyp, który jedynie usypia czujność pracodawców i współpracowników. Rzeczywistość jest nieubłagana, a choroba alkoholowa nie zagląda w portfele ani nie sprawdza dyplomów uczelni wyższych.
– Ta choroba jest niezwykle sprawiedliwa. W równej mierze dotyka osoby z najwyższych warstw społecznych, jak i te z nizin. Występuje w każdej przestrzeni publicznej i w każdym zawodzie – zauważa w wywiadzie dla Pacjenci.pl Przemysław Łatkowski.
Mechanizm zawsze pozostaje ten sam, bez względu na to, czy nałóg ukryty jest pod lśniącym garniturem dyrektora finansowego, kitlem szanowanego lekarza, czy kombinezonem pracownika budowlanego.
– Jeżeli osoba jest uzależniona, to niezależnie od tego, czy pracuje na budowie, w gastronomii, w wielkiej korporacji, czy nawet w szpitalu, będzie piła ten alkohol – dodaje ekspert.
Format skrojony pod nałóg
Kluczowym elementem podtrzymującym ten dramatyczny stan rzeczy jest łatwa dostępność wysokoprocentowych trunków w małych, poręcznych opakowaniach. Ogromna sprzedaż tak zwanych małpek stanowi jasny wskaźnik głębokiego kryzysu zdrowia publicznego. Konsumenci niezwykle rzadko sięgają po stumililitrowe buteleczki, by celebrować rodzinne uroczystości czy relaksować się w domowym zaciszu. Ich cel jest zgoła inny, a sam format został starannie zaplanowany tak, aby nie rzucać się w oczy otoczenia. Pracownicy bez problemu kupują je w drodze do biura lub podczas krótkiej przerwy, dyskretnie zaspokajając nałóg.
– Mała pojemność służy temu, żeby butelkę sprytnie ukryć i szybko zaspokoić głód alkoholowy, który pojawia się w organizmie osoby zmagającej się z uzależnieniem – tłumaczy Łatkowski na łamach programu “Pacjent w centrum”. – Te objętości zostały skierowane do osób, które de facto mają problem. Ktoś, kto chce normalnie spożyć alkohol, kupuje po prostu większą pojemność – podkreśla.
Dzięki miniaturowym wymiarom choroba może bardzo długo pozostawać w ukryciu, a pracownik zachowuje pozory profesjonalizmu, powoli wyniszczając swój organizm i karierę.
Podwójne standardy i społeczna hipokryzja
Zaskakującym aspektem poruszanego problemu jest całkowicie nierówne traktowanie osób pod wpływem alkoholu, w zależności od zajmowanego przez nich stanowiska. Społeczeństwo niezwykle surowo i słusznie piętnuje nietrzeźwość wśród przedstawicieli zawodów zaufania publicznego. Medyk czy urzędnik na podwójnym gazie to gotowy skandal. Zupełnie inaczej patrzymy jednak na pracowników fizycznych, dając im ciche przyzwolenie na patologię.
– Kiedy przechodzimy obok budowy i widzimy pijących robotników, zazwyczaj wzruszamy ramionami, uznając, że tam od zawsze się piło i tak już zostanie – gorzko podsumowuje Łatkowski. Zaznacza przy tym, że z punktu widzenia prawa, nie ma tu żadnej różnicy. – Czym się różni picie w pracy przez budowlańca od picia przez pielęgniarkę? Zupełnie niczym. Oboje spożywają alkohol w miejscu pracy.
Tolerancja dla promili przybiera także inne, bardziej zawoalowane formy w świecie biznesu. Choć oficjalne regulaminy surowo zabraniają wnoszenia trunków na teren zakładu, korporacyjna kultura często jest przesiąknięta ich obecnością.
– Picie w pracy jest oczywiście kategorycznie zabronione, ale sam alkohol bywa powszechnie tolerowany. Kiedy firmy organizują szkolenia czy wyjazdy integracyjne - wskazuje wprost rozmówca Gońca - to przy czym zazwyczaj bawimy się wieczorem? Właśnie przy alkoholu – puentuje terapeuta.
Brak stanowczej reakcji ze strony środowiska zawodowego w połączeniu ze swobodnym dostępem do miniaturowych butelek tworzy niebezpieczne błędne koło. Dopóki nie zaczniemy traktować każdego przypadku nietrzeźwości w pracy z równą stanowczością, zjawisko cichego alkoholizmu będzie nadal niszczyć polskie kadry od wewnątrz.
Źródło: Pacjenci