Nadzieja dla chorych na agresywnego chłoniaka DLBCL. Jest nowy lek, który może zmienić leczenie
Chłoniak rozlany z dużych komórek B (DLBCL) to najczęstsza postać agresywnego chłoniaka u dorosłych i jedna z najbardziej nieprzewidywalnych chorób układu chłonnego. W Polsce co roku taką diagnozę słyszy około 1,5 tysiąca osób. Rokowania w dużej mierze zależą od stadium zaawansowania w momencie diagnozy. Mimo znaczącego postępu w hematoonkologii, wciąż istnieje grupa pacjentów, którzy po nawrocie choroby albo nie mają szansy na przeszczep komórek macierzystych, albo nie kwalifikują się do terapii CAR-T. To dla nich pojawia się nowy lek, czyli przeciwciało bispecyficzne glofitamab o obiecujących wynikach badań klinicznych.
- Aż 40% pacjentów z chłoniakiem DLBCL doświadcza nawrotu choroby; dla osób, które nie kwalifikują się do przeszczepu lub terapii CAR-T, nadzieją jest nowy lek - przeciwciało bispecyficzne glofitamab
- Historia pacjentki Barbary Leśniak pokazuje potencjał nowej terapii. Mimo wyczerpania standardowych metod i kolejnych wznów, udział w badaniu klinicznym pozwolił jej osiągnąć 2-letnią remisję i wrócić do pracy
- Niespecyficzne objawy (zmęczenie, nocne poty) oraz stereotypowe myślenie ("za młoda na nowotwór") mogą opóźniać diagnozę o wiele miesięcy, doprowadzając do zaawansowanego stadium choroby i powikłań (np. złamań kości)
Czas w chorobie na wagę złota
DLBCL to nowotwór, którego istotą jest gwałtowny rozrost zmienionych nowotworowo limfocytów B. Charakteryzuje się szybkim przebiegiem, dlatego kluczowe jest, aby pacjent trafił do specjalisty jak najszybciej po pojawieniu się pierwszych objawów. W Polsce choroba ta dotyczy blisko jednej trzeciej pacjentów z rozpoznaniem nowotworów układu chłonnego, a częstość jej występowania rośnie wraz z wiekiem.
Po diagnozie większość pacjentów rozpoczyna leczenie immunochemioterapią, która w wielu przypadkach prowadzi do remisji. Niestety, nawet 40 proc. chorych doświadcza nawrotu lub okazuje się opornych na leczenie. Wtedy konieczne są kolejne linie terapii, a najczęściej stosowaną metodą jest wysokodawkowa chemioterapia z autologicznym przeszczepem komórek macierzystych. Nie wszyscy jednak mogą z niej skorzystać, bo wymaga ona dobrej kondycji organizmu. U osób starszych lub obciążonych innymi chorobami przeszczep bywa zbyt ryzykowny.
Nie ignoruj zmęczenia
Objawy chłoniaka bywają niespecyficzne: zmęczenie, nocne poty, gorączka, spadek masy ciała czy powiększone węzły chłonne. To właśnie te sygnały skłoniły Barbarę Leśniak, wówczas 40-letnią do wizyty u lekarza. Dziś jest pacjentką, która mimo zdiagnozowania u niej chłoniaka, leczenia go, również po wznowach, żyje od dwóch lat w remisji. Z wiarą, że najgorsze już za nią. Przyniósł ją udział w badaniach klinicznych z wykorzystaniem nowego leku glofitamab, z którym lekarze wiążą duże nadzieje właśnie w terapii chłoniaka.
Pacjenci.pl: Co skłoniło Panią do wizyty u lekarza?
Barbara Leśniak, pacjentka: To nie był jeden konkretny objaw. Od dłuższego czasu bardzo często się przeziębiałam, byłam ciągle zmęczona, ospała, bez siły. Infekcje nawracały, więc chodziłam od lekarza do lekarza. Przepisywali mi jeden antybiotyk, drugi, trzeci… ale poprawy nie było. Dopiero kiedy na szyi pojawił mi się wyraźny guz, zaczęło się poważniejsze diagnozowanie.
Jak wyglądał dalszy proces poszukiwania diagnozy?
Najpierw trafiłam do laryngologa, który zrobił USG i od razu stwierdził, że zmiana wygląda niepokojąco. Zlecono biopsję, ale wynik niczego nie wykazał. Dopiero kolejna lekarka, czyli chirurg szczękowa zauważyła, że guz rośnie, mimo że na wcześniejszym opisie miał mniejsze rozmiary. Skierowała mnie do szpitala na wycięcie zmiany i dopiero badanie histopatologiczne wykazało złośliwy nowotwór. Guz miał ponad 10 centymetrów i był twardy, chociaż nie bolał.
Ile czasu minęło od pierwszych objawów do postawienia diagnozy?
Około ośmiu miesięcy. Dziś wiem, że już wcześniej organizm dawał sygnały, ale nikt, również ja sama, nie zwrócił na nie uwagi. Bardzo bolały mnie plecy i klatka piersiowa, prosiłam o tomograf, ale słyszałam, że jestem „za młoda”, żeby moje objawy wskazywały na coś poważnego. Później okazało się, że miałam pęknięty kręgosłup i mostek, a stało się to w wyniku choroby.
Czy wcześniej podejrzewała Pani, że może to być chłoniak?
Kiedy pojawiły się nocne poty i guz na szyi zaczął rosnąć, zaczęłam czytać o możliwych przyczynach. Trafiłam na informacje o chłoniakach. I kiedy lekarze zadawali pytania o narażenie na promieniowanie czy pracę w trudnych warunkach, zrozumiałam, że to może być coś poważnego.
Trudna diagnoza, ale i nadzieja na leczenie
Pamięta Pani moment, w którym usłyszała diagnozę? Co Pani wtedy czuła?
Bardzo wyraźnie. To był 13 maja, dobra data mimo wszystko. Pierwszą reakcją był ogromny strach i płacz. Mam dwójkę dzieci, więc myśli automatycznie biegną w takich momentach w najczarniejszym kierunku. Ale równocześnie poczułam ulgę, że wreszcie wiadomo, z czym walczę, i że można zacząć leczenie.
Czy leczenie rozpoczęło się od razu?
Tak, tego samego dnia, gdy usłyszałam diagnozę, zostałam skierowana do szpitala. W ciągu kilku dni byłam już po badaniach w Warszawie, z wszczepionym portem naczyniowym i gotowa do pierwszej chemii.
Jak wyglądał pierwszy etap leczenia?
Dostałam sześć cykli chemii wlewowej, były podawane co trzy tygodnie. To były dwu-, trzydniowe pobyty w szpitalu. Po tej serii większość zmian zniknęła. Uznano to za remisję, choć drobne ogniska pozostały pod pachami.
Niestety choroba wróciła. Jak wyglądały kolejne etapy?
Pierwsza wznowa była po około pół roku. To były guzy pod pachą, tym razem bolesne. Znów dostałam sześć cykli chemii, ale mocniejszej niż poprzednia. Po niej zaplanowano przeszczep komórek macierzystych, który przeszłam w Gdańsku. Niestety po ośmiu miesiącach pojawiła się kolejna wznowa. Wtedy zaproponowano mi udział w badaniach klinicznych.
Nowy lek w badaniach klinicznych
Na czym polegało to leczenie w ramach badań klinicznych?
Był to lek celowany, czyli rodzaj chemii dobieranej do pacjenta na podstawie bardzo szczegółowych danych: wyników krwi, parametrów ze szpiku, ważna była też historia choroby. Program komputerowy wybierał jedną z możliwych ścieżek terapii.
Jaki był rezultat?
Terapia zadziałała. Od dwóch lat jestem w remisji, a zmiany, które pozostały w płucach, nie powiększają się.
Czy mogła Pani normalnie wrócić do życia i pracy?
Tak, choć nie od razu. Po wielu chemiach i przeszczepie odporność była bardzo słaba, miałam zapalenie oskrzeli. Do pracy wróciłam dopiero w maju 2025 r., ale teraz funkcjonuję normalnie.
Czy była Pani informowana o wszystkich etapach leczenia i możliwych skutkach ubocznych?
Tak, szczególnie przed leczeniem w badaniu klinicznym. Dokumentacja była ogromna. Wiedziałam zanim rozpoczęłam tę terapię, jakie mogą być zagrożenia, od neuropatii po poważne infekcje. Ale nie miałam innego wyjścia, bo wcześniejsze terapie przestały działać. A ja chciałam żyć.
Czy odczuwa pani dziś jakieś skutki uboczne?
Najbardziej dokuczliwa jest neuropatia: dłonie się poprawiły, ale stopy mam „jak ścierpnięte”, od palców do połowy stopy. To ciągłe mrowienie, szczególnie dokuczliwe w nocy. Mam też osłabioną odporność i bóle mięśniowe, które pojawiają się falami. Mimo to jestem w stanie pracować i normalnie żyć.
Nie miała pani wątpliwości przed podjęciem decyzji o udziale w badaniu klinicznym?
Sama zapytałam o taką możliwość, bo szukałam informacji o leczeniu za granicą czy alternatywnych terapiach. Lekarka przedstawiła mi opcje rzetelnie, bez nacisków. Ostatecznie decyzję podjęłam sama, choć ogromnym wsparciem był mój mąż.
Co doradziłaby Pani osobom, które dopiero zaczynają się diagnozować?
Być stanowczym. Jeśli coś nas niepokoi, trzeba domagać się badań. Mnie uspokajano, że jestem „za młoda”, że „to nic poważnego”. Gdybym wtedy bardziej naciskała na diagnostykę, być może leczenie byłoby krótsze i mniej obciążające. Ale wiadomo, że ufa się lekarzowi i gdy się słyszy, że to nic poważnego, to chce się w to wierzyć. W takim przypadku jednak trzeba słuchać swojego ciała, a nie ignorować sygnały.
A co powiedziałaby Pani osobom, które właśnie dostały diagnozę chłoniaka?
Nie czytać internetu! Statystyki, szczególnie te dramatyczne, nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Najważniejsze to zaufać lekarzom, trzymać się leczenia i mieć dobre nastawienie. Głowa to połowa sukcesu.
Jakie prognozy słyszy Pani dziś od lekarzy?
Na szczęście prognozy są dobre. W badaniach klinicznych przyjmuje się, że jeśli przez dwa lata nie ma nawrotu, ryzyko znacznie spada. Mam jeszcze drobne problemy zdrowotne, np. zwężoną żyłę po porcie, ale jeśli chodzi o samego chłoniaka, rokowania są bardzo optymistyczne.
Jak Pani ocenia zmiany w opiece hematoonkologicznej z perspektywy pacjenta?
Jest coraz lepiej, szczególnie jeśli chodzi o dostęp do nowych terapii i częstsze badania kontrolne. W moim przypadku szybkie kontrole były kluczowe. Przy wcześniejszych etapach przerwy między badaniami były, jak się okazało zbyt długie i nawroty wykrywałam sama. Uważam, że po zakończeniu chemioterapii powinno się szybciej robić tomografię.