14 lat cierpienia i bagatelizowania. Maja Staśko o endometriozie
Endometrioza, choroba polegająca na obecności tkanki podobnej do błony śluzowej macicy (endometrium) poza jamą macicy, dotyka nawet 18% kobiet w wieku reprodukcyjnym. Mimo swej powszechności, droga do jej rozpoznania jest często długa i naznaczona cierpieniem, o czym otwarcie opowiada aktywistka Maja Staśko w rozmowie z Agatą Gwiazdowską. Materiał został przygotowany na podstawie wywiadu przeprowadzonego przez Agatę Gwiazdowską (Pacjenci.pl) z Mają Staśko.
• Na postawienie ostatecznej diagnozy endometriozy Maja Staśko musiała czekać 14 lat od pierwszej wizyty u lekarza.
• Przez lata bóle i dolegliwości były przez lekarzy dyskredytowane, bagatelizowane lub przypisywane stresowi i „takiej urodzie”.
• Ignorowanie objawów przez specjalistów prowadziło do wielkiego poczucia winy u pacjentki.
Dramatyczny czas oczekiwania
Wiele kobiet borykających się z silnym bólem miesiączkowym, bólem po wypróżnianiu lub w trakcie stosunków, musi zmierzyć się z długotrwałą i frustrującą walką o postawienie właściwej diagnozy. Maja Staśko wspomina, że od pierwszej wizyty, na której zgłaszała dolegliwości, aż do momentu potwierdzenia endometriozy minęło 14 lat. Przez ten czas słyszała od lekarzy, że wszystkie jej wyniki są perfekcyjne, a ona wygląda jak okaz zdrowia. Zamiast szukać fizycznej przyczyny problemu, sugerowano, że jej bóle mogą być nerwobólami lub wynikać z nadmiernego stresu.
To długotrwałe bagatelizowanie objawów ze strony personelu medycznego wywoływało u Staśko głębokie poczucie winy. Dotyczyło to nie tylko bólu menstruacyjnego, który często jest społecznie uznawany za „normalny”, ale także innych objawów, takich jak ból po wypróżnianiu czy w trakcie stosunku. W rezultacie pacjentka czuła, że to ona robi coś źle lub coś z nią jest nie tak. „Dla mnie to oznaczało wyłącznie poczucie winy” – mówi Maja Staśko. Czuła się odpowiedzialna za to, że ją boli, co tylko pogłębiało cierpienie psychiczne, które towarzyszyło bólowi fizycznemu.
„Taka pani uroda”: ignorowanie objawów i wiedzy pacjentek
Zgodnie z relacją Mai Staśko, duża część lekarzy, do których trafiała (zarówno na NFZ, jak i prywatnie), nie traktowała poważnie jej słów ani nie brała pod uwagę objawów, które wprost wskazywały na endometriozę. Jest to zjawisko, które Maja Staśko zauważa u wielu pacjentek i które ma podłoże historyczne.
„Jeszcze miesiąc temu słyszałam od lekarzy że taka moja uroda i że trzeba uprawiać seks zamiast chodzić po lekarzach a po ciąży ból przejdzie” – podkreśla Maja Staśko.
Takie podejście, które każe upatrywać przyczyn bólu w kwestiach naturalnych lub w braku ciąży, jest powielaniem starych mantr, sięgających nawet starożytności, które postrzegały ból jako karę. Staśko uważa, że pacjentki są często uczone, aby nie sprawiać problemu i nie zajmować za dużo miejsca, dlatego nie wyolbrzymiają swoich dolegliwości – wręcz przeciwnie. Problem tkwi w tym, że lekarze nie traktują poważnie ich relacji.
Rola reprodukcyjna jako „klucz” do poważnej diagnozy
Dopiero w momencie, gdy ból zaczął wiązać się z niemożnością zajścia w ciążę, nastawienie lekarzy uległo zmianie. Maja Staśko wspomina, że dopóki zgłaszała tylko ból i złe samopoczucie, nie interesowało to lekarzy, którzy przypisywali to „naturze kobiet”.
Sytuacja zmieniła się, kiedy nie mogła wypełnić narzuconej na kobiety roli reprodukcyjnej. Wtedy dopiero jej słowa zaczęły być traktowane poważnie, co aktywistka uważa za pogardliwe i upadlające dla kobiet.
Moment diagnozy, mimo potwierdzenia fizycznej choroby (w przypadku Staśko gigantycznych torbieli endometrialnych i choroby na jelitach), przyniósł ulgę – wreszcie miała potwierdzenie, że dolegliwości są realne i fizyczne, a nie wymyślone. Podsumowując ten etap, Maja Staśko podkreśla, że kluczowe jest niebagatelizowanie własnego bólu i opowiadanie o nim kolejnym osobom, aż do znalezienia lekarza, który postawi trafną diagnozę.
Źródło: Pacjenci.pl