Myśleli, że to tylko alergia. Guz w klatce piersiowej miał aż 12 centymetrów
Choroba nowotworowa rzadko wysyła wcześniejsze ostrzeżenia. Przychodzi nagle, wywracając dotychczasowe życie do góry nogami i zmuszając do wymagającego leczenia. Łukasz Ludwisiak, autor książki „Oncostory”, przeszedł drogę, którą niewielu potrafi sobie wyobrazić – od błędnej diagnozy w czasie pandemii, przez dramatyczny reset układu immunologicznego, aż po statystyki dające marne szanse na przeżycie. To opowieść o nowoczesnej medycynie, kryzysie psychicznym i braterskiej miłości, która dosłownie podarowała drugie życie.
Wróg w klatce piersiowej i systemowy „antywirus”
Początki choroby Łukasza Ludwisiaka przypadły na czas pandemii COVID-19. Osłabienie i zmęczenie łatwo było wówczas zrzucić na karb izolacji i braku aktywności. Kiedy pojawiła się opuchlizna, lekarze pierwszego kontaktu zdiagnozowali alergię. Prawda okazała się jednak o wiele bardziej dramatyczna.
– Trafiłem do szpitala w stanie zagrożenia życia, bo początkowe symptomy zostały zinterpretowane jako uczulenie – wspomina Ludwisiak. – Chorowałem na chłoniaka Hodgkina. Guz w klatce piersiowej miał wymiary 8 na 6 na 12 centymetrów, rósł między płucem a sercem. Wywołał zespół żyły głównej górnej, co oznaczało natychmiastową, pilną hospitalizację.
Po seriach standardowej chemioterapii, która nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, jedynym ratunkiem okazał się autoprzeszczep komórek macierzystych. Ludwisiak, posługując się trafną analogią, porównuje ludzki układ odpornościowy do oprogramowania komputerowego.
– Nasz organizm ma swój system antywirusowy, który u mnie po prostu zawiódł – tłumaczy. – Kiedy nowotwór przestał być aktywny w obrazowaniach, lekarze postanowili zrobić pełny reset. Agresywna chemia wyzerowała mój szpik, czyniąc mnie całkowicie jałowym i bezbronnym. Dopiero wtedy podano mi odseparowane wcześniej komórki macierzyste, które zagnieździły się i zaczęły odbudowywać moją odporność od zera – mówi w rozmowie z portalem Pacjenci.pl.
Izolacja w cieniu globalnego kryzysu
Proces ten wymagał spędzenia czterech tygodni w całkowitej sterylności w Narodowym Centrum Onkologii w Warszawie. Dla pacjenta i jego rodziny był to test ostateczny, wzłaszcza że zbiegł się w czasie z wybuchem wojny w Ukrainie. W domu żona z małym dzieckiem, u przyjaciół z Kijowa dramat pod bombami, a w szpitalnej izolatce – samotna walka o przetrwanie. Choć autoprzeszczep zakończył się sukcesem i pacjent w czerwcu wrócił do pracy, najgorsze miało dopiero nadejść. Nowotwór uderzył ponownie.
– Kiedy dowiedziałem się, że jest wznowa, a w bazie DKMS nie ma dla mnie zgodnego dawcy, po prostu się załamałem – wyznaje szczerze autor „Oncostory”. – Szanse na znalezienie genetycznego bliźniaka wynoszą często 1 na 20 000. Świadomość, że twój czas jest policzony, to potworne doświadczenie. Wtedy pomogła mi psychoterapia. W Polsce wciąż za mało mówi się o zdrowiu psychicznym w onkologii. Pacjenci często udają silnych, a przecież choruje cała rodzina.
Brat, który stał się genetycznym bliźniakiem
Gdy bazy danych milczały, z pomocą przyszedł trzy lata starszy brat Łukasza, Arek – wieloletni, honorowy krwiodawca. Ze względu na brak dawcy w pełni zgodnego, lekarze podjęli ryzykowną decyzję o przeprowadzeniu tzw. przeszczepu haploidentycznego (w połowie zgodnego). Statystyki medyczne były bezwzględne: 37% pacjentów nie przeżywało samej procedury, a drugie tyle umierało później z powodu powikłań.
– I wtedy wchodzi cały na biało mój brat – opowiada z poruszeniem Łukasz. – Arek nie wahał się ani chwili. Oddał mi swoje komórki pobrane z krwi obwodowej, bez bolesnego wbijania się w kości miednicy, o którym krążą mity. Dał mi drugie życie i jestem mu za to bezwzględnie wdzięczny – zdradza w rozmowie z Pacjentami.
Siedem tygodni ciężkiej izolacji, radioterapia całego ciała, a później dramatyczne starcie z chorobą przeszczep przeciwko gospodarzowi (GvHD). Walka o powrót do normalności trwała ponad rok, trwale zmieniając nie tylko parametry krwi, ale i zacieśniając więzi rodzinne.
Życie jako najpiękniejszy „challenge”
Dziś Łukasz Ludwisiak nie przyjmuje już leków immunosupresyjnych. Jest aktywny, czuje się świetnie i cieszy się każdą chwilą spędzoną z córką Hanią, która była jego największą motywacją w najciemniejszych momentach.
– Jedna z pielęgniarek powiedziała mi kiedyś: „Panie Łukaszu, jak się pacjent uprze, to i medycyna jest bezsilna”. Moja córka była moim motorem napędowym. Postawiłem sobie wyzwanie, że muszę nauczyć ją jeździć na rowerze i nie mogę odejść. Dziś Hanka już jeździ, a ja wciąż żyję – uśmiecha się.
Swoje doświadczenia opisał w książce „Oncostory” – publikacji o formie patchworku, zawierającej także perspektywę jego żony oraz kuzynki-lekarza. Książka ma być nie tylko kroniką choroby, ale przede wszystkim manifestem nadziei i głośnym apelem o rejestrację w bazach dawców szpiku. Bo gdzieś na świecie wciąż może brakować właśnie tego jednego ogniwa, które dla kogoś okaże się jedyną szansą na przeżycie.
Źródło: Pacjenci