"Kultura Zosi Samosi jest bardzo zwodnicza". Lekarka o pułapkach samoleczenia
Internet stał się jednym z głównych źródeł informacji o zdrowiu, szczególnie dla osób, które od miesięcy lub lat zmagają się z trudnymi objawami. Problem polega na tym, że obok rzetelnej wiedzy funkcjonują treści, które brzmią naukowo, używają medycznych pojęć i wykresów, ale w rzeczywistości nie mają żadnego potwierdzenia klinicznego. Dla pacjentek w kryzysie psychologicznym lub zdrowotnym są one szczególnie kuszące, bo obiecują szybkie rozwiązania bez konieczności konfrontacji z trudną diagnozą, długim leczeniem czy niepewnością.
Na zagrożenia wynikające z medycznych fake newsów zwraca uwagę w rozmowie z Pacjenci.pl Maja Herman - psychiatra, terapeutka, prezeska Polskiego Towarzystwa Mediów Medycznych i jedna z najbardziej rozpoznawalnych edukatorek zdrowotnych w mediach.
- Dlaczego internetowe „cudowne terapie” brzmią wiarygodnie, choć nie mają potwierdzenia w medycynie?
- Jak kosztowne badania i suplementy mogą opóźniać właściwe leczenie zamiast pomagać?
- Dlaczego demonizowanie hormonów, takich jak insulina, jest groźne dla zdrowia kobiet?
- Gdzie przebiega granica między dbaniem o dobrostan a rezygnacją z rzetelnej diagnostyki?
Drogi marketing zamiast medycyny
Kobiety zmagające się z niepłodnością, zaburzeniami hormonalnymi czy problemami psychicznymi bardzo często trafiają na oferty kosztownych badań i terapii, które mają rzekomo „znaleźć prawdziwą przyczynę” problemu. Chodzi m.in. o testy, które obiecują precyzyjne dobranie suplementów, probiotyków czy diet na podstawie pojedynczego badania, mimo że współczesna medycyna nie dysponuje narzędziami pozwalającymi na taką interpretację wyników. Brzmi to racjonalnie i daje nadzieję, jednak w praktyce wiele z tych metod nie ma żadnej wartości klinicznej i nie jest rekomendowanych przez towarzystwa naukowe.
– Nie ma takich badań ani takich terapii, które byłyby medycznie potwierdzone. To są rzeczy ekstremalnie drogie, a de facto nic pacjentce nie dają – mówi Maja Herman, psychiatra.
Największym zagrożeniem nie są jednak same koszty finansowe, lecz utrata czasu, który w leczeniu wielu schorzeń – zarówno somatycznych, jak i psychicznych – odgrywa kluczową rolę. Wybierając niesprawdzone metody, pacjentka często odkłada wizytę u specjalisty, opóźnia diagnostykę i leczenie, a w tym czasie objawy mogą się nasilać, utrwalać lub prowadzić do kolejnych powikłań. W efekcie problem staje się trudniejszy do opanowania, a droga do poprawy – dłuższa i bardziej obciążająca.
Demonizowanie hormonów i biologii
Media społecznościowe sprzyjają uproszczeniom i sensacyjnym narracjom. Jednym z najbardziej niebezpiecznych przykładów jest przedstawianie hormonów, takich jak insulina, jako „wroga” kobiecego zdrowia i płodności. Takie przekazy budują lęk przed własnym organizmem i prowadzą do pochopnych decyzji zdrowotnych, w tym rezygnacji z leczenia lub stosowania restrykcyjnych diet.
– Obarczanie insuliny winą za wszystko i robienie z niej przyczyny niepłodności jest ogromnym nadużyciem i po prostu nieprawdą – podkreśla Maja Herman.
Biologia nie jest przeciwnikiem, który działa „przeciwko” kobiecie. To złożony system, który wymaga zrozumienia, diagnostyki i leczenia, a nie demonizowania i walki z nim na własną rękę.
„Bajkolandia” jako ucieczka od diagnozy
W obliczu długotrwałych objawów wiele pacjentek sięga po rytuały, ezoterykę czy tzw. naturalne praktyki. Dają one poczucie sprawczości i chwilowej kontroli nad sytuacją, co bywa psychologicznie kojące. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynają zastępować leczenie, a nie je uzupełniać.
– To nie jest medycyna. To są rytuały, które poprawiają nastrój, bo czujemy, że coś robimy, ale one nie leczą – zaznacza ekspertka.
Zaburzenia nastroju, problemy hormonalne czy kryzysy psychiczne mają realne, biologiczne podstawy. Bez ich rozpoznania i leczenia nawet najbardziej „naturalne” metody nie przyniosą trwałej poprawy.
Dlaczego warto zaufać nauce?
Medycyna nie jest idealna i nie zawsze daje szybkie odpowiedzi. Opiera się jednak na badaniach, dowodach i doświadczeniu klinicznym, a jej celem jest bezpieczeństwo pacjentki. Rezygnacja z niej na rzecz niesprawdzonych metod może pogłębiać objawy, przedłużać cierpienie i zwiększać poczucie bezradności.
– Kultura Zosi Samosi, w której uważamy się za mądrzejsze od autorytetów, jest bardzo zwodnicza – podsumowuje Maja Herman.
Zaufanie nauce i specjalistom nie oznacza rezygnacji z troski o siebie. Oznacza wybór drogi, która daje realną szansę na poprawę zdrowia, zamiast ucieczki w obietnice bez pokrycia.
Źródło: Pacjenci.pl